Archiwa Berzina

Buddyjskie archiwa dr. Alexandra Berzina

Wyświetl w trybie przyjaznym dla niewidomych. Skocz do nawigacji

Strona główna > Podstawy buddyzmu tybetańskiego > Poziom 3. Materiał Lodziong (Trening umysłu) > Ćwiczenie własnej postawy w codziennym życiu: nic szczególnego > Sesja druga: Uzależnienie od sieci społecznościowych i wiadomości tekstowych

Ćwiczenie własnej postawy w codziennym życiu: nic szczególnego

Alexander Berzin
Kijów, Ukraina, listopad 2012 r.
przekład na język polski: Zbigniew Becker

Sesja druga: Uzależnienie od sieci społecznościowych i wiadomości tekstowych

Powtórzenie

Dalej omawiamy jak ćwiczyć się w poprawianiu własnej postawy w codziennym życiu. Jest to tradycja bardzo rozpowszechniona w Tybecie, w buddyzmie tybetańskim, i występuje wiele tekstów zajmujących się tym zagadnieniem bardzo szczegółowo i możecie znaleźć dość dużo na ten temat – wykładów, przekładów i innego materiału – na mojej stronie internetowej. Tak więc podczas naszego seminarium w ten weekend nie będę się zagłębiać w żaden z tych szczególnych tekstów – możecie o nich przeczytać (również po rosyjsku) – ale podpowiedziano mi, żebym raczej mówił o tym, jak to stosować w codziennym życiu.

Wczoraj wieczór zaczęliśmy od ogólnego omówienia tego, czym się tu zajmujemy. A zajmujemy się doświadczaniem codziennego życia. Żyjemy, więc doświadczamy tego w każdej chwili; nikt inny nie doświadcza tego. Nawet jeśli publikujemy wszystko, co robimy na Facebook’u i Twitterze, to nadal to my tego doświadczamy, zaś nie nikt inny.

Jest w rzeczy samej bardzo intersujące, że obecnie wielu ludzi jest niemal – sądzę, że użylibyśmy słowa uzależnieni – od esemesowania czy umieszczania na Facebook’u i Twitterze wszystkiego, co czują i co robią w ciągu dnia. Wtedy pytamy: „Cóż, jaka jest różnica pomiędzy czytaniem tego pod kątem cudzego codziennego życia a własnego codziennego życia”? I jest tu pewien dystans, nieprawdaż?, pomiędzy doświadczaniem własnego życia a tym, co ktoś inny doświadcza w swoim życiu, zwłaszcza, jeśli ujmuje się to w bardzo niewielkiej ilości słów.

Chociaż możemy sympatyzować się z kimś i z tym, co się dzieje w życiu tej osoby, to nie jest całkiem to samo, co szczęśliwość czy nieszczęśliwość lub neutralne uczucia, których doznajemy w związku z tym, czego sami doświadczamy. A to jest coś, z czym musimy sobie radzić w codziennym życiu – najbardziej fundamentalny poziom. Czasem czujemy się dobrze, czasem nie czujemy się zbyt dobrze. Czasem odczuwamy szczęśliwość, czasem nie czujemy się zbyt szczęśliwi. Czasem wydaje się, jakbyśmy nie odczuwali zbytnio czegokolwiek, po prostu stan neutralności. I chociaż pragniemy być szczęśliwi, to nasz nastrój wznosi się i opada przez cały czas i nie wydaje się być zsynchronizowany z tym, co właśnie robimy. Nawet podczas robienia jakiejś jednej rzeczy nasz nastrój podnosi się i opada i nie wydajemy się bardzo nad tym panować, nieprawdaż? Kiedy więc mówimy o ćwiczeniu postawy, to mówimy o tym, jak odnosić największą korzyść z sytuacji, przez które przechodzimy w każdej chwili własnego życia, doświadczając tego, co się wydarza oraz co robimy.

Omówiliśmy też dwa główne punkty bardzo ważne pod względem tego, w jaki sposób możemy zajmować się własnym życiem. Jednym jest postawa wyolbrzymiania wagi tego, co odczuwamy. Robimy z tego tak wielką rzecz, tak ogromną sprawę z czucia się nieszczęśliwym, że wyłącznie to pogarszamy. A ponieważ czujemy się tak bardzo niepewni, odczuwając szczęśliwość, to ją niszczymy. Zaś kiedy nasze uczucia są neutralne, to lekko bzikujemy z tego powodu, wyobrażając sobie, że w gruncie rzeczy nic nie czujemy, i wtedy zaczynamy się nieco martwić, a więc wprawia to nas również w stan nieszczęśliwości. Nie zadawala nas odczuwanie po prostu spokoju i spoczynku; coś się musi dziać przez cały czas – ten rodzaj uczucia, które prowadzi do pragnienia stałej rozrywki, stałego słuchania muzyki itd. Są ludzie, którzy włączają telewizor w chwili, kiedy się budzą rano i telewizor gra w tle przez cały dzień, ponieważ obawiają się ciszy. Potrzebują jakiegoś rodzaju pobudzenia. To im dostarcza jakiegoś poczucia życia – w pewnym sensie.

Mam ciotkę, która sypia przy włączonym telewizorze. Telewizor gra u niej przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Lubi mieć włączony telewizor, kiedy śpi, ponieważ kiedy się przewraca na drugą stronę w łóżku albo jej sen staje się płytszy, czy coś w tym rodzaju, to w nocy nadal gra jej telewizor. Całkowicie przeraża ją cisza. Jest to naprawdę coś dziwnego, nieprawdaż?, i nie tylko jest to dziwne – jest smutne.

W tym, co czuję, nie ma niczego szczególnego

Tak więc pierwszą zasadą radzenia sobie z własną postawą i próbowaniem poprawy własnej postawy wobec tych wzlotów i spadków życia, jest nie robienie z tego niczego szczególnego: „Nie ma nic wyjątkowego w tym, że czasem nie czuję się szczęśliwy. Są czasy, kiedy czuję się dobrze. Czasem jest to jest jedynie spokój i wyciszenie. Nie ma w tym niczego szczególnego”. Jest to jak fale na oceanie. Czasem fala jest wysoka, czasem jesteśmy w dolinie pomiędzy falami, czasem ocean jest spokojny – żadna wielka sprawa. Ocean ma taką naturę, nieprawdaż? Czasem pojawia się sztorm, oczywiście, i są duże, ogromne fale i jest on bardzo wzburzony, lecz jeśli myślimy w kategoriach całego oceanu, od głębin po powierzchnię, to w swej głębi ocean nie jest naprawdę wzburzony, nieprawdaż? To jedynie na jego powierzchni coś się dzieje w wyniku wielu przyczyn i okoliczności związanych z pogodą i wszystkimi czynnikami oddziałującymi na pogodę itp. Więc żadna wielka sprawa. I to nie jest nic zaskakującego, prawda?

Więc nasz umysł jest podobny do tego oceanu i bardzo pomaga taka postawa, że na powierzchni mogą dziać się te wzloty i spadki szczęśliwości, nieszczęśliwości, tej emocji, tamtej emocji, ale w głębi nas to nie wzburza. Nie oznacza to wcale, że nie staramy się mieć bardziej spokojnego i szczęśliwszego stanu umysłu. Bez wątpienia wolimy to od sztormu, nieprawdaż? Lecz kiedy trwa sztorm skrajnych emocji i skrajnych uczuć itd., to nie robimy z niego jakiegoś rodzaju potwora. Zajmujemy się tym po prostu pod kątem tego, czym jest naprawdę.

Wiele osób próbuje poprawić siebie przy użyciu buddyjskich metod i pracują z nimi przez lata, wydając się osiągać postęp pod kątem nie wpadania już w wielki gniew, nie patrzenia na innych z zazdrością i złośliwością, a potem, po wielu latach starań zbudowania tych bardziej pożytecznych nawyków, doświadczają epizodu wpadnięcia znowu w gniew czy zakochania się w kimś, i wtedy lgną i czepiają się tej osoby i znowu przechodzą przez emocjonalny tumult. Problemem jest tutaj, że się tym zniechęcają. Zaś źródło tego zniechęcenia znajduje się właśnie w tym, że zapominają o całym tym podejściu „nic szczególnego”. Mamy bardzo głębokie i bardzo głęboko zakorzenione nawyki i skłonności, i przezwyciężenie ich wymaga ogromnej ilości czasu i wysiłku. Możemy je doraźnie ogarnąć, lecz o ile nie dobierzemy się do korzenia przyczyny wpadania w gniew itp., to od czasu do czasu pojawi się ponownie. Lecz kiedy się powtórzy, to zasadą powinno być nie robienie z tego wielkiej sprawy: „Nic szczególnego. Nie jestem jeszcze wyzwoloną istotą, nie jestem jeszcze Buddą, jest więc oczywiste, że czasem znów pojawi się gniew i przywiązanie. I czasem nie będę się czuć szczęśliwy i czasem nie będę w dobrym nastroju, czasem nie będę chcieć robić niczego czy iść i pomagać ludziom. Z pewnością tak będzie – to naturalne. Nic wielkiego, nic szczególnego”. Kiedy wyolbrzymiamy znaczenie tego i zamieniamy to w coś naprawdę wyjątkowego i okropnego, to grzęźniemy w tym, prawda?

Chodzi więc tu o to, żeby, rozumiejąc i będąc całkowicie przekonanym, że w tym, czego doświadczamy bądź co odczuwamy, nie ma niczego szczególnego, nawet jeśli jest to jakiś nadzwyczajny wgląd w coś czy podobna rzecz, to po prostu idziemy dalej. Powiedzmy, że kopnęliśmy palcem w stół wchodząc do pokoju po ciemku, czy coś takiego, i nas boli. No cóż, czego się spodziewamy? Oczywiście, że będzie bolało, kiedy kopniemy w coś palcem. Tak więc na pewno musimy sprawdzić, czy nie złamaliśmy kości czy czegoś w tym rodzaju. Sprawdzamy więc, ale potem po prostu idziemy dalej z tym, co robiliśmy. Żadna wielka rzecz. Nie robimy z tego ogromnej sprawy – podskakując i oczekując, że mamusia przyjdzie i ucałuje to miejsce, i sprawi, że wszystko będzie dobrze. W taki więc sposób staramy się prowadzić życie bardziej spokojnie, nie tak bardzo burzliwie. Pomaga to nam zachowywać więcej spokoju bez względu na to, co się dzieje i bez względu na to, co odczuwamy.

Nie ma nic szczególnego dotyczącego mnie

Obok nadmiernego podkreślania i robienia czegoś szczególnego z doświadczanego przez siebie uczucia szczęśliwości czy nieszczęśliwości, drugą stroną tego jest wyolbrzymianie własnego znaczenia i to jest w gruncie rzeczy główne zagadnienie nauk o ćwiczeniu postawy. Główny nacisk kładzie się w nich na to, że problemy w życiu, kłopoty w życiu biorą się z czegoś, o czym wspominałem wczoraj: z miłości własnej. To oznacza obsesyjne skupianie się wyłącznie na sobie i zajmowanie się wyłącznie sobą. Ma więc to aspekt egoizmu czy egotyzmu, czymkolwiek się one od siebie różnią, oraz samolubności i pochłonięcia samym sobą. Te postawę i rzeczy z nią związane można opisać na wiele rozmaitych sposobów.

Sednem jest to, że kiedy robimy z siebie coś i kogoś szczególnego, to jest to wtedy prawdziwe źródło problemów. Myślimy: „Jestem tak bardzo ważny. Dlatego też to, co czuję, jest tak bardzo istotne”. Jeśli więc tak bardzo przejmujemy się tym „ja, ja, ja”, to wtedy, oczywiście, martwimy się o to, że „Teraz czuję się nieszczęśliwy”, „Teraz czuję się szczęśliwy, ale nie czuję się z tym pewnie”, „Teraz odczuwam wyciszenie i neutralność”. Jest tak z powodu obsesji na własnym punkcie.

Dlaczego dzielimy się uczuciami przez sieci społecznościowe?

Jak wiecie, w buddyzmie zawsze mówimy o unikaniu obu skrajności i podążaniu środkową drogą. Jedną skrajnością jest robienie z wszystkiego wielkiej sprawy – „ja, ja, ja” itd., i co ja czuję, i muszę to rozgłosić całemu światu, ponieważ wszystkich to bardzo zajmuje. A w rzeczywistości nikogo nie obchodzi to, co zjadłem dziś rano na śniadanie i czy mi to smakowało, czy też nie. Jakoś jednak myślimy, że to jest naprawdę ważne. Klikamy na przycisk „lubię to” na Facebook’u itd. Jest to naprawdę bardzo sztuczne, nieprawdaż? W gruncie rzeczy bardzo interesujące jest analizowanie tego. Dlaczego klikamy na przycisk „lubię to”? I dlaczego obchodzi nas, ile osób „lubi to”, co zjedliśmy na śniadanie dziś rano? I czego to dowodzi? To jest interesujące, jeśli się nad tym zastanowić. Może pomyślcie przez chwilę nad tym?

Uczestnik:Myślę, że ludziom prawdopodobnie brakuje rozmowy z innymi, więc może po prostu chcą się czymś podzielić z innymi.

Alex:No cóż, jest to, jak sądzę, wyraz poczucia samotności, że chcą się dzielić z innymi. Lecz na wiele sposobów to izoluje nas od innych ludzi, gdyż zamiast naprawdę wchodzić w osobiste związki z innymi, robimy to w – swoim zdaniem – bardziej chronionym środowisku internetu czy telefonu komórkowego.

Chciałbym, żebyśmy zastanowili się nad tym: dlaczego czujemy, że musimy dzielić się z innymi tym, jak się czujemy? Z jednej strony, jest to myślenie, że wszystkich to naprawdę obchodzi i ważne, żeby wiedzieli, co mieliśmy na śniadanie i czy to nam smakowało, czy nie – oczywiście, że używam tu głupawego przykładu – a jeśli nie dość wiele osób ‘lubi to’, wtedy czujemy się bardzo nieszczęśliwi. Jest to więc robienie z siebie kogoś nazbyt ważnego, nieprawdaż? – ja i co ja czuję, i również robienie zbyt ważnym tego, co inni ludzie sądzą o tym, co my czujemy, zamiast po prostu poczucia pewności siebie – „W porządku, to właśnie odczuwam. Co z tego”? – i dalej zajmowanie się życiem, konieczność esemesowania do wszystkich swoich przyjaciół, sądząc, że jesteśmy tak bardzo ważni, że oni naprawdę rzucą wszystko, żeby przeczytać nasz esemes czy wpis na Facebook’u o tym, co właśnie zjedliśmy na śniadanie. Czyż to nie jest wyolbrzymianie własnego znaczenia? I jest to brak pewności siebie, a więc niezbyt spokojny stan umysłu, prawda? I wtedy bez przerwy sprawdzamy: „Nie chcę niczego przeoczyć. Co przeoczyłem”? Jest to więc bardzo interesujące zjawisko oraz ma ono pozytywne strony, ale również sprowadza sporo problemów.

Lecz nie na to zaczynałem tu wskazywać. Chodziło mi o unikanie dwóch skrajności. Jedną z nich jest robienie nadmiernie wielkiej sprawy z siebie i z tego, co czujemy, o czym każdy musi się potem dowiedzieć, czy go to obchodzi, czy nie, ponieważ uważamy, że powinno to obchodzić każdego, ponieważ my jesteśmy tak bardzo ważni. Zaś druga skrajność to całkowite pomijanie tego, co czujemy: „Ja jestem nikim”.

Są sytuacje, w których jest ważne, żeby komunikować innym, co czujemy, jak będąc z kimś w związku i będąc w nim nieszczęśliwym. W jakimś związku pomiędzy dwiema osobami musimy o tym mówić, a nie trzymać tego jedynie w sobie, żeby ta druga osoba, jeśli nie jest zbyt wrażliwa, dowiedziała się, jak my się czujemy: „Bardzo mnie zraniło to, co powiedziałeś” itd. Lecz robić to w zrównoważony sposób, w którym znowu nie wyolbrzymiamy tego, lecz również nie wypieramy się tego. I staramy się rozumieć w tego rodzaju sytuacji, szczególnie mówię tu o jakimś związku pomiędzy dwiema osobami, że nie jesteśmy jedyną osobą w tym związku – jest tu również ta druga osoba – a więc jest równie ważne, (lecz również nie jest to żadna wielka sprawa) co ta druga osoba odczuwa.

Kiedy więc mówimy o ćwiczeniu postawy, to jednym z aspektów tego jest nie tylko nasza własna postawa – jest to postawa każdego związanego z daną sytuacją. Innymi słowy, nasz punkt widzenia nie jest jedynym punktem widzenia, nieprawdaż? Jest to jedna z głównych zasad stosowanych w terapii rodzinnej. Gromadzimy całą rodzinę i każda osoba przedstawia to, jak doświadcza sytuacji w domu. Jeśli więc rodzice walczą ze sobą, to dowiadują się od dziecka, jak ono tego doświadcza. W przeciwnym razie mogliby sobie tego nie uprzytamniać. Tak więc ich własny punkt widzenia nie jest jedyną rzeczą, jaka ma miejsce w obrębie tej rodziny.

Sposoby przekraczania miłości własnej

Cłówny nacisk w tradycyjnym przedstawianiu ćwiczenia postawy kładzie się więc na przezwyciężanie tej miłości własnej, tego pochłonięcia samym sobą, i otwieranie się na myślenie o innych. Wczoraj podpowiadałem niektóre sposoby, jak możemy zacząć to robić. Jednym ze sposobów jest wyobrażanie sobie danej sytuacji, mając siebie po jednej stronie, wszystkich pozostałych jej uczestników po drugiej, i myślenie: „Czy ta osoba jest ważniejsza od wszystkich pozostałych”? Użyliśmy przykładu utknięcia w korku ulicznym. „Czy jestem ważniejszy od wszystkich innych, którzy utknęli w tym korku, żebym musiał dotrzeć tam, dokąd jadę, a w ogóle nie obchodzili mnie inni ludzie”?

I ważną rzeczą jest tutaj, że kiedy otwieramy się na myślenie o wszystkich, którzy utknęli w tym korku, to opiera się to na rzeczywistości. Rzeczywistość zaś jest taka, że wszyscy utknęli w tym korku. Nie jesteśmy jedynymi, którzy w nim utknęli, nieprawdaż? Kiedy więc mówimy o poprawianiu własnej postawy, to mówimy o poprawianiu jej w oparciu o rzeczywistość – o widzeniu, jaka jest rzeczywistość i przyjmowaniu postawy zgodnej z tą rzeczywistością. Jeden z moich przyjaciół, nauczyciel buddyjski, powiedział bardzo interesującą rzecz, a mianowicie, że podejście buddyjskie można podsumować jednym słowem, i tym słowem jest realizm.

Ponieważ sposób, w jaki niektórzy ludzie przedstawiają buddyzm, pokazuje myślenie, że wszystko jest tam związane z fantastycznymi wizualizacjami i rytuałami oraz temu podobnymi rzeczami, gdzie jest to zasadniczo jak chodzenie do buddyjskiego Disneylandu. Ale to wcale nie jest główna idea buddyzmu. Tamte rzeczy występują tu – nikt się nie wypiera, że one są częścią treningu buddyjskiego – lecz są metodami dla usiłowania osiągania większego realizmu. Używając takich metod, rozumie się różnicę pomiędzy rzeczywistością a fantazją i zaczyna się pojmować moc wyobraźni.

Jesteśmy istotami ludzkimi. Co nas wyróżnia spośród zwierząt? No cóż, jest wiele rzeczy, na które moglibyśmy wskazać, lecz naprawdę znaczenie ma moc posiadanej przez nas inteligencji oraz moc posiadanej przez nas wyobraźni. Możemy posługiwać się obiema, jeśli nauczymy się jak to robić, jeśli zdamy sobie sprawę z ich wartości a potem nauczymy się, jak się nimi posługiwać. Prosty przykład: Jesteśmy bardzo przywiązani do kogoś i silnie go pożądamy seksualnie. Jest wiele sposobów radzenia sobie z tym, ponieważ to może bardzo przeszkadzać. Możemy więc zmienić tu własną postawę i możemy ją zmienić posługując się zarówno inteligencją jak i wyobraźnią.

Kiedy myślimy o używaniu wyobraźni, to nie wyobrażajmy sobie tylko, że zajmujemy się tu czymś takim, jak: „Jestem jakimś buddyjskim bóstwem z wszystkimi tymi rękami, twarzami i nogami, i ta druga osoba również jest czymś takim”. To jest jedynie jeden ze sposobów widzenia głębszego poziomu innych. Wszystkie te twarze, i ramiona, i nogi itd., przedstawiają różne aspekty umysłu i potencjały posiadane przez ludzi. Nie myślimy po prostu dosłownie w kategoriach tych fantastycznych figur.

Lecz możemy użyć własnej inteligencji i wyobraźni na innym poziomie. Jeden z wielkich mistrzów indyjskich, Arjadewa, zgrabnie to ujął. Powiedział: „Jeśli świnia uważa własnego partnera za tak bardzo pociągającego seksualnie, to co czyni naszego tak szczególnym”? Innymi słowy, zdolność do wywoływania pociągu seksualnego pochodzi z umysłów jednostek – nie jest to nic wrodzonego przedmiotowi tego pociągu – ponieważ w przeciwnym razie świni powinien bardzo się podobać i pociągać ją nasz partner, zaś nas powinien pociągać partner tej świni. Intelektualnie biorąc jest to poprawne. A przy pomocy wyobraźni wyobrażamy sobie tę świnię itd., i to również się zgadza. Nie ma więc w nikim niczego szczególnego, co nas pociąga. Mnie pociąga ten rodzaj osoby, zaś inną osobę pociąga tamten rodzaj osoby. To jak w restauracji: ktoś chce z menu to, inny chce tamto. Co z tego? Nic szczególnego.

To staje się bardzo interesujące, jeśli poszerzymy ten sposób myślenia. Dlaczego wszyscy powinni lubić robić rzeczy w taki sam sposób, w jaki my je lubimy robić? I za tym uczuciem: „Sposób, w jaki ja to robię, jest poprawny i właściwy”, kryje się pochłonięcie samym sobą i miłość własna, i wtedy drażni nas ktoś, kto ma inny porządek na biurku czy w folderach plików, czy w czymś tego rodzaju: „To jest niewłaściwe. To jest okropne”. Wtedy stajemy się zbzikowani na punkcie sprawdzania innych – musimy sprawdzać jak wszyscy robią różne rzeczy i to musi być zrobione tak, jak my chcemy – i to sprawia, że czujemy się bardzo niepewnie, nieprawdaż? Zawsze jesteśmy spięci: „Och, źle to robisz”! Nie oznacza to, że powinniśmy przyzwalać na całkowity chaos, jeśli ktoś pracuje dla nas itd., lecz przyznawać, że jest wiele różnych sposobów, w jakie można robić rzeczy, tak samo jak jest wiele różnych przedmiotów pociągu seksualnego. Nie znaczy to więc, że nasz własny jest jedynym, jaki istnieje.

Kiedy czytamy lub słyszymy o tym ćwiczeniu postawy, w którym główny nacisk kładzie się na zatrzymanie miłości własnej i zawsze troszczeniu się o innych, to nie sądzę, że musimy przyjmować to w pełnym zakresie, obejmującym: „Teraz pracuję dla dobra każdej żywej istoty we wszechświecie”. Oczywiście można przyjąć to aż w takim zakresie, jak w przykładzie, którego użyłem wczoraj: „Jestem jednym z siedmiu miliardów ludzi na tej planecie i niezliczonych zwierząt i owadów. Każdy z nich odczuwa szczęśliwość czy nieszczęśliwość bądź neutralne uczucia, więc nie jestem niczym szczególnym”. Myślimy więc o własnych uczuciach w kontekście wszystkich istot i wtedy mamy o wiele bardziej otwarty umysł, zaś nie to zawężone „ja, ja, ja”. Tak więc na przykład w związku z globalnym ociepleniem, bierzemy pod uwagę, jak to wpłynie na każdego – nie wpłynie wyłącznie na nas samych. Jeśli myślimy pod kątem wszystkich – zarówno teraz jak i na przyszłość – to obejmujemy więc znacznie szerszy zakres i wiąże się z tym naprawdę o wiele większa energia.

Lecz, jak powiedziałem, nie musimy myśleć na tym pełnym poziomie, żeby dokonać zmiany, pożytecznego przejścia od umiłowania samych siebie, do troszczenia się o innych. Możemy to zrobić na skromniejszą skalę pod kątem tego, co wyjaśniłem, że przyjmujemy postawę wobec rzeczy, dotyczącą ich doświadczania – „Nie jestem sam w tym związku. Nie jestem sam w tej rodzinie” itd. I przejmujemy się jakąś większą grupą. Może jeszcze nie wszystkimi istotami we wszechświecie, lecz zaczynamy robić to w jakiejś większej skali, nie na naskórkowym poziomie Facebook’owych „lubię to” czy kilku znaków smsa, lecz rzeczywistego spotykania się z innymi osobiście.

Oczywiście ma to ograniczenia. W sieci społecznościowej możemy dotrzeć do znacznie większej ilości osób, niż w codziennym życiu, to prawda. Lecz problem pojawia się wtedy, kiedy taka wirtualna sieć społecznościowa zastępuje wszelkiego rodzaju osobiste – powinienem powiedzieć międzyludzkie – kontakty i związki, a potem jest się w czyimś towarzystwie, ale nie jest się tam naprawdę, ponieważ bez przerwy esemesuje się z kimś innym. Jest to obecnie bardzo powszechne zjawisko i nie dotyka ono wyłącznie młodych ludzi czy nastolatków, lecz stwierdza się obecnie, że dzieci czują się bardzo zaniedbywane, ponieważ ich rodzice bez przerwy esemesują i nie poświęcają im w ogóle uwagi.

Rozmaite sposoby praktykowania ćwiczenia postawy

Jest więc wiele poziomów, na których możemy praktykować to ćwiczenie postawy. I nie musi się to wiązać z żadnymi bardzo egzotycznymi rodzajami praktyki, lecz z używaniem własnej inteligencji pod kątem tego, co jest realistyczne. A realistyczne jest to, że nie jesteśmy jedyną osobą w tym wszechświecie i nie jesteśmy najważniejsi w tym wszechświecie, lecz jesteśmy jednymi z wielu ludzi i wielu istot w tym wszechświecie (nie jest tak, że jesteśmy niczym). Używamy własnej wyobraźni pod kątem wczuwania się w innych. W jaki sposób rozumiemy położenie innych ludzi? W jaki sposób rozumiemy, jak inni ludzie doświadczają rzeczy? Posługując się wyobraźnią, nieprawdaż?

Te dwa aspekty – inteligencja i wyobraźnia – są wspaniałymi narzędziami, jakie mamy do ćwiczenia się. Ćwiczymy własną inteligencję przy pomocy logiki, zaś własną wyobraźnię przy pomocy takich rzeczy, jak wizualizacja. I potrzebujemy ich obu, obu stron i musimy rozumieć, jaki jest cel ćwiczenia obu. Celem nie jest z jednej strony uczynienie z siebie komputera w wymiarze inteligencji, zaś z drugiej strony nie nastawiamy się na zdobycie olimpijskiego złotego medalu w wizualizowaniu rozmaitych fantastycznych drobnych szczegółów. Lecz z buddyjskiego punktu widzenia chcemy wyćwiczyć te rzeczy, żeby – na jednym poziomie – przezwyciężyć trudności i problemy we własnym życiu oraz – w szerszym zakresie – móc pomagać innym w zrobieniu tego samego. A do tego potrzebujemy bardzo szerokiego zakresu myślenia, w ramach którego możemy rozumieć i wczuwać się w każdego pod kątem wszystkiego, co się mu przydarzyło, co przydarza się mu obecnie i co mogłoby potencjalnie przydarzyć się mu w przyszłości. To wiąże się zarówno z inteligencją, jak i wyobraźnią, prawda?

Tak więc ćwiczenie postawy ma wiele rozmaitych poziomów i może być wprowadzane w życie na wiele rozmaitych sposobów. Zaś najprostszym poziomem, przynajmniej tak, jak ja to rozumiem, jest ten poziom „nic szczególnego”. Nie ma niczego szczególnego w tym, co się wydarza. Zawsze, w całej historii, ludzie narzekali: „To są najgorsze z wszystkich czasów, zaś młode pokolenie jest całkowicie okropne i zepsute”. Jeśli zajrzymy do literatury na przestrzeni wieków, to wszyscy tak mówili. Nie ma więc niczego szczególnego w naszych czasach. (Zaliczyłem na uniwersytecie kurs z literatury, który skupiał się na prześledzeniu w historii literatury właśnie tego wątku: „To są najgorsze z czasów, zaś młodsze pokolenie jest całkowicie zdegenerowane i okropne”. Począwszy od starożytnych Greków, wszyscy coś takiego mówili). Więc nie ma niczego wyjątkowego w tym, co się wydarza, niczego szczególnego, co do nas, ani niczego wyjątkowego w tym, co odczuwamy. To po prostu wciąż płynie i płynie napędzane przez niezliczone oddziałujące na siebie wzajemnie przyczyny i warunki. Musimy po prostu radzić sobie z tym w tak pożyteczny sposób, w jaki możemy, używając własnej inteligencji i wyobraźni, wyobraźni do wczuwania się w innych.

Zróbmy sobie teraz krótką przerwę, a potem pójdziemy dalej.