Archiwa Berzina

Buddyjskie archiwa dr. Alexandra Berzina

Wyświetl w trybie przyjaznym dla niewidomych. Skocz do nawigacji

Strona główna > Spotkanie z buddyzmem > Współczesna adaptacja buddyzmu > Wyrównywanie postawy wobec siebie: przezwyciężanie nienawiści do siebie > Sesja druga: rozwijanie zrównoważenia pod kątem tego, jak traktowaliśmy siebie

Wyrównywanie postawy wobec siebie: przezwyciężanie nienawiści do siebie

Alexander Berzin
Moskwa, Rosja, wrzesień 2010 r.
przekład na język polski: Zbigniew Becker

Sesja druga: rozwijanie zrównoważenia pod kątem tego, jak traktowaliśmy siebie

Powtórzenie poprzedniej sesji

Wczoraj zaczęliśmy nasze omawianie tego, jak równoważyć własną postawę wobec siebie, w celu przezwyciężaniu przeszkadzających emocji skierowanych ku sobie samym. Dla wielu z nas, najsilniejszą przeszkadzającą emocją jest niskie poczucie własnej wartości i negatywna postawa wobec samego siebie. Może się to przejawiać, jako nie lubienie siebie, bądź nawet mocniej, jako nienawiść wobec siebie. Lecz to nie jedyna przeszkadzająca postawa, jaką możemy utrzymywać wobec siebie. Możemy przesadnie wyolbrzymiać to, jacy jesteśmy cudowni (mieć obsesję na własnym punkcie), lub być całkowicie naiwni, co do siebie (lekceważyć własne potrzeby i w pewnym sensie się ich wypierać). Mówiliśmy o tym, jak moglibyśmy użyć do radzenia sobie z tym problemem niektórych buddyjskich metod, w ramach techniki znanej jako „wyrównywanie i wymienianie się z innymi”, w myśl wiersza z Siedmiopunktowego ćwiczenia postawy – tybetańskiego tekstu – który brzmi: „co do praktyki dawania i przyjmowania (tonglen), to zacznijmy od siebie samych”.

Jeden z punktów, omówionych wczoraj w odniesieniu do rozwijania poczucia zrównoważenia wobec siebie, dotyczył rozróżniania pomiędzy konwencjonalnym „ja”, a nieprawdziwym „ja”. Pamiętamy, że próbujemy tu rozwinąć wobec siebie postawę, równą, zrównoważoną. Takie jest tu znaczenie zrównoważenia (równowagi). Oznacza postrzeganie siebie bez negatywnej postawy, bez pozytywnego „Jaki jestem fantastyczny”! oraz bez lekceważenia siebie. Podobnie bez niechęci, odrzucania czy odrazy, przyciągania oraz naiwności.

Patrzyliśmy wczoraj pod kątem tego, co zrobiliśmy w życiu: kiedy popełniliśmy błąd bądź doznaliśmy porażki, kiedy powiodło się nam w czymś oraz kiedy poza codzienną rutyną nie działo się nic znaczącego. Zobaczyliśmy, że wszyscy popełniają błędy. Każdy odnosi też jakiś sukces i nie musi to być nic spektakularnego – samo przyrządzenie dobrego posiłku to już pewien sukces. Nie ma też żadnego powodu, żeby w życiu musiały wydarzać się albo rzeczy spektakularnie cudowne, albo prawdziwie okropne. W gruncie rzeczy większość z nas wiedzie bardzo zwyczajne życie.

Tak samo z uczuciami szczęśliwości i nieszczęśliwości – one nie muszą być spektakularne. Czasem myślimy, że powinny być naprawdę silne i wyolbrzymione, żebyśmy rzeczywiście coś poczuli. Takie myślenie popycha ludzi ku sportom ekstremalnym, przekłuwaniu sobie ciała czy podobnym rzeczom, żeby mogli coś mocno poczuć, gdyż w przeciwnym razie zdaje im się, że właściwie nie odczuwają niczego. Podłożem czegoś takiego jest jednak rodzaj wyobcowania z własnych uczuć. Jeśli głębiej analizujemy to wyobcowanie, to stwierdzamy, że występuje tu duży zamęt w pojmowaniu uczuć – tego, kim jesteśmy oraz czego naprawdę doświadczamy w życiu. Nasze doświadczenia nie muszą być spektakularne. Nie potrzebujemy spektakularnych doznań, żeby ustalić, że istniejemy. Przekonanie, że takie doznania mają moc potwierdzania tego, że istniejemy naprawdę, to błąd. To właśnie dlatego bardzo ważne odróżniać konwencjonalnego „ja” od nieprawdziwego „ja”. Jest to kluczowe.

Skłaniamy się ku utożsamianiu jedynie z niewielkimi wydarzeniami we własnym życiu, albo z niewielkimi aspektami siebie. Często są to wydarzenia związane z silnymi emocjami – jak jakaś porażka czy sukces. Może to być wręcz coś skrajnego – na przykład doświadczenie bycia maltretowanym. Utożsamiamy się z tym i opieramy na tym, jako na swojej prawdziwej tożsamości, lub też możemy to oczywiście wyprzeć i po prostu całkowicie w sobie stłamsić. Kiedy jednak z tym się utożsamiamy, jest to bardzo jasny przykład tego nieprawdziwego „ja”. Uważamy tę tożsamość za „siebie” i wyobrażamy sobie, że to jest prawdziwe ja, solidne, trwałe i rzeczywiste oraz że tacy właśnie jesteśmy zawsze, we wszystkich sytuacjach. Ale to nieprawdziwe „ja” nie odpowiada niczemu rzeczywistemu. To jedynie coś projektowanego przez własną wyobraźnię.

To jest to nieprawdziwe „ja”, któremu musimy zaprzeczać. „Zaprzeczać” – oznacza rozumieć, że to są głupoty nie odpowiadające niczemu rzeczywistemu. Musimy więc pozbyć się tej nieprawdziwej koncepcji, czego oczywiście nie da się zrobić łatwo. Jest tak z tego powodu, że mamy bardzo silny nawyk projektowania czegoś takiego i wierzenia w to. Pozbycie się tego wymaga wielu ćwiczeń, dyscypliny, koncentracji, jasnej przytomnej świadomości rozróżniającej to, co rzeczywiste, od fantazji itd. – to obszerne ćwiczenie, którego podstawą musi być silna motywacja do dokonania tego. Trening buddyjski specjalizuje się w tego rodzaju rzeczach. Lecz kiedy obalimy to nieprawdziwe „ja”, to nie będzie tak, że zostaniemy po prostu z niczym. Zostaniemy z konwencjonalnym „ja”. Ja istnieję. Wy istniejecie. Mistrz zen dowiódłby tego, uderzając was kijem, a wtedy odczulibyście ból. Tak więc w oczywisty sposób istnieję.

Konwencjonalne „ja” obejmuje cały zakres wszystkiego w życiu, nieprawdaż? Nie jest tak, że istnieje jakieś solidne i trwałe „ja”, przesuwające się przez życie, jakby było od niego oddzielone i oglądało sobie, jak to życie rozwija się niczym w jakimś filmie. Taka postawa jest niebezpieczna, ponieważ prowadzi do odczuwania wyobcowania, zaś to z kolei może prowadzić do wielu problemów emocjonalnych. To konwencjonalne „ja” jest tym „ja”, które może być przypisane albo naklejone na te nieustająco zmienne zdarzenia i doświadczenia życia. To jest „ja”. A ja przez cały czas się zmieniam, wzrastam – wzrastam w lata, zmieniam się z chwili na chwilę – bez czegokolwiek solidnego i trwałego, co pozostawałoby takie samo. „Ja” odnosi się do całości tych rzeczy – to wszystko jestem „ja”. Albo ściślej – to wszystko to podstawa tego konwencjonalnego „ja”.

Musimy unikać tu dwóch skrajności. Jedna to nihilizm, zaprzeczający całkowicie istnieniu „ja”. Kiedy wpadamy w taką skrajność, jest to postawa naiwności, co do siebie – lekceważymy i pomijamy własne potrzeby. Nie zaznaczamy własnego autorytetu. Nie zaznaczamy tego, czego pragniemy czy potrzebujemy, jak granic w swoich związkach, w pracy itd. Pierwsza skrajność to zatem wypieranie się konwencjonalnego „ja”. Nihilizm oznacza myślenie – ja się nie liczę, ja jestem niczym.

Inna skrajność to rozdymanie tego konwencjonalnego „ja”, a następnie utożsamianie siebie z takim nieprawdziwym „ja”. Skutkuje to czymś, co na Zachodzie nazwalibyśmy „narcyzmem”: „Jestem taki ważny. To, co myślę i odczuwam, jest takie ważne, że wszyscy muszą się o tym dowiedzieć”. Jak gdyby wszystkich to naprawdę interesowało. Tę przydawaną sobie narcystyczną wagę wyolbrzymiają obecnie sieci społecznościowe, takie jak Facebook i Twitter, gdzie ludzie odczuwają, że muszą umieszczać w nich wszystko to, co czują na temat każdej rzeczy, która dzieje się w ich życiu. Emocjonalny odpowiednik tego to poczucie: „Jestem tak bardzo ważny. Jestem tak bardzo szczególny. Jestem taki fantastyczny”.

Kiedy żywimy złość w stosunku do siebie, to może ona przechodzić w dowolną z tych dwóch skrajności. W nastroju nihilistycznym moglibyśmy odmawiać sobie i pomijać swoje potrzeby, mówiąc sobie np.: „Jestem taki głupi i zły, że nie zasługuję na bycie lubianym. Nie zasługuję na przyjaciół i na bycie szczęśliwym, ponieważ jestem do niczego”. Taka negatywna postawa wobec siebie wpada w skrajność nihilizmu. Zasadniczo zaprzecza istnieniu konwencjonalnego „ja”: „Ja nie istnieję, ja się nie liczę”.

Druga skrajność – ze złości wyolbrzymianie samego siebie, co sprowadza ogromne poczucie winy i potrzebę karania siebie, ponieważ jesteśmy tak bardzo niedobrzy. To może przejawiać się psychologicznie na wiele sposobów, również nieświadomie. Jednym ze sposobów jest sabotowanie każdego związku, w jaki wchodzimy, żeby na pewno się nie udał i żebyśmy nie przestali ponosić porażek. W pewnym sensie jest to podobne do karania siebie. Kiedy mamy poczucie winy, jest to w rzeczywistości obsesja na punkcie „ja”, które rozdymamy w jakieś nieprawdziwe „ja”, o którym wyobrażamy sobie potem, że istnieje prawdziwie, jako „złe”. Utrwalamy się na mówieniu sobie: „Jestem bardzo zły. To, co zrobiłem, było bardzo złe” – i nie puszczamy tego. Negatywna postawa wobec siebie może przechodzić w którąś z tych skrajności.

Wszystko to jest istotne dla naszego omawiania zrównoważenia. To, co chcemy osiągnąć, to coś wypośrodkowanego – co w buddyzmie nazywamy „środkową ścieżką”, środkową drogą. Środkowa droga nie oznacza w połowie nihilizmu i w połowie nadmiernego wyolbrzymiania siebie. Środkowa droga nie oznacza niczego takiego. Oznacza raczej przekraczanie tego rodzaju biegunowości i potwierdzanie konwencjonalnego „ja” oraz kładzenie kresu utożsamianiu się z nieprawdziwym „ja”. Robimy to, starając się wyciszyć czy uspokoić te przeszkadzające postawy i emocje, których doznajemy w odniesieniu do zdarzeń w swoim życiu oraz w odniesieniu do „siebie“ w związku z tymi zdarzeniami.

Rozwijanie zrównoważenia pod kątem tego, jak traktowaliśmy siebie samych

Idźmy dalej z tym ćwiczeniem się w osiąganiu zrównoważenia. Kolejnym aspektem, który prześledzimy, jest to, jak odnosiliśmy się do siebie, jak traktowaliśmy siebie – niekoniecznie w odniesieniu do jakiegoś zdarzenia, lecz po prostu ogólnie – jakiego rodzaju postawę utrzymywaliśmy wobec siebie. Mamy jej trzy rodzaje. Przede wszystkim naszą postawą może być po prostu ogólnie niskie poczucie własnej wartości. Może to przejawiać się w odzywaniu się do siebie w myślach w bardzo szorstki sposób: „Ale ze mnie idiota”. „Jaka ze mnie oferma”. Prawdopodobnie używamy wtedy słów o wiele mocniejszych, niż powyższe.

Drugim rodzajem postawy może być wygórowanie wysokie zdanie o sobie – „Jestem taki fantastyczny. Jestem taki szczególny” – a wtedy mamy skłonność nadmiernie sobie dogadzać. To może oczywiście przejawiać się na wiele sposobów. Na przykład: „Zawsze muszę znajdować się w centrum uwagi”. „Zawsze mam rację” – tego rodzaju rzecz. Bardzo narzucamy się innym.

Trzecia postawa to lekceważenie własnych potrzeb i przejawia się ona w nie traktowaniu siebie sprawiedliwie. Często nabiera się tej postawy mając małe dzieci. Wtedy oczywiście potrzeby dziecka przeważają nad naszymi własnymi i możemy wręcz przekraczać swoje granice, nie dając sobie wystarczająco dużo snu itd. To innego rodzaju sytuacja. Tutaj jednak mówimy o byciu perfekcyjnym i nadmiernym popychaniu siebie – nie mamy realistycznej postawy wobec siebie, własnych potrzeb i ograniczeń.

Użyjmy tej samej metody, jaką stosowaliśmy pod kątem zdarzeń w swoim życiu, żeby się uspokoić i uzyskać więcej zrównoważenia pod względem tego, jak do tej pory odnosiliśmy się do siebie.

Myślenie o tym, kiedy mieliśmy niskie poczucie własnej wartości

Najpierw myślimy i próbujemy przywołać poczucie, jakiego mogliśmy doznawać, mając niskie poczucie własnej wartości. „Jestem przegrany”, „Jestem idiotą” – tego rodzaju postawę, którą większość z nas z pewnością utrymywała w takim czy innym czasie. Próbujemy przywołać to uczucie, żeby móc je przebadać (nie jest jednak tak, że rozmyślnie praktykujemy odczuwanie czegoś tego). „Nikt mnie nie kocha. Dlaczego ktoś miałby mnie kochać? Nie zasługuję na miłość”. Może być wiele przejawów takiej postawy.

Wtedy analizujemy to: „Gdybym był rzeczywiście taki – do niczego, nie zasługujący na bycie kochanym – wtedy musiałbym być taki dla każdego. Nie lubiłby mnie mój pies, nie lubiłaby mnie moja mama, nikt nigdy by mnie polubił. Ale zaraz, chwila. Przecież mój pies bardzo mnie lubi, a więc nie mogę być całkowicie zły. Moja mama nadal mnie kocha, mam nadzieję”. Widzimy więc, że nie zawsze czujemy się tak bardzo negatywnie nastawieni do siebie. Nie ma ku temu żadnej wiecznej i trwałej podstawy, nieprawdaż?

Tu możemy dostrzec prawdziwy problem. Kiedy ludzie bardzo głęboko grzęzną w niskim poczuciu własnej wartości, to wtedy nie są w stanie przywołać żadnego pozytywnego aspektu siebie, niczego, co im się udało ani nikogo, kto ich naprawdę lubi – w rodzaju swojego psa, mamy lub kogoś innego w swoim życiu – jakby nigdy nie mieli żadnego przyjaciela, co jest wysoce nieprawdopodobne. Usiłujemy to zrównoważyć i zobaczyć: „No, nie zawsze miałem wobec siebie postawę negatywną. Czasami to było w porządku”. Później zajmiemy się kwestią, czego jest więcej – postawy pozytywnej czy postawy negatywnej, ale to już inne zagadnienie. Lecz jeśli patrzymy obiektywnie, to widzimy, że czasem traktowaliśmy siebie dobrze. Nawet jeśli to oznaczało zaledwie kupienie sobie czekoladowego batonika i zjedzenie go, ponieważ lubimy czekoladę. Staramy się myśleć o podobnych prostych przykładach.

Postanawiamy, że nie ma żadnego powodu, żeby zawsze traktować siebie źle i potępiać. Jesteśmy zdolni do traktowania siebie w miły sposób, jak w przykładzie kupienia sobie batonika. Postanawiamy nie odzywać się do siebie w taki szorstki sposób w myślach, ani nie traktować siebie tak źle. Widzimy, że trzeba uznać, że działanie w ten sposób powoduje nieszczęśliwość. A czemu chcielibyśmy być nieszczęśliwi? Naprawdę nikt nie chce być nieszczęśliwy. I tak już przez wiele czasu jesteśmy nieszczęśliwi w naturalny sposób. Po co więc pognębiać siebie jeszcze bardziej negatywną postawą wobec siebie?

Myślenie o tym, kiedy mieliśmy wygórowane zdanie o sobie

Potem przywołujemy przypadki przesadnie wygórowanego zdania o sobie, kiedy dogadzaliśmy sobie nadmiernie zapychając się czekoladą czy pijąc za dużo alkoholu. Kiedy pomyślimy: “Dlaczego tak sobie dogadzam? Czy to dlatego, że myślę, że jestem taki fantastyczny? No, nie zawsze tak o sobie myślę, nieprawdaż? Nie ma więc potrzeby, aby nadmiernie sobie dogadzać, ani aby odmawiać sobie wszystkiego”. Oto właśnie w tym chodzi. Jedno to odmawianie sobie czegoś – „Nie zasługuję, żeby to mieć” – a drugie to nadmierne dogadzanie sobie: „Jestem taki fantastyczny zasługuję na to, żeby zjeść cały tort czekoladowy, zasługuję na cały tydzień wolnego”.

Nie musimy wpadać w skrajności jedzenia lodów codziennie albo nigdy nie pozwalania sobie na lody. Dobrze jest czasem je zjeść, ale wszystko z umiarem. Nie musimy byś stale na wakacjach albo nigdy nie brać urlopu. Umiar. Oczywiście większość z nas nie wpada całkowicie w skrajności, lecz wielu z nas skłania się ku nim. Krótko mówiąc, nie ma sensu stale mówienie sobie: „Jestem idiotą. Jestem idiotą”, a z drugiej strony nie ma też sensu stale mówienie sobie: „Ale jestem fantastyczny. Jestem wspaniały”.

Myślenie o tym, kiedy lekceważyliśmy własne potrzeby

Trzeci przykład to wspominanie tego, kiedy lekceważyliśmy własne potrzeby, jakbyśmy byli kimś nic nieznaczącym, nikim, kimś kto się w ogóle nie liczy i nie traktowali siebie sprawiedliwie. Oczywiście moglibyśmy analizować to coraz głębiej. Za tym, że, powiedzmy, nie wyrażamy swoich potrzeb czy pragnień, może kryć się wiele powodów. Może obawiamy się, że jeśli je wyrazimy, to ktoś nas odrzuci i opuści. Występują liczne odmiany tej sytuacji.

Co więcej, te trzy skłonności – niska samoocena, przecenianie siebie oraz lekceważenie i pomijanie siebie – nie występują jedynie całkowicie odrębnie od siebie. Często mamy doczynienia z jakąś ich mieszanką, jak w tym przykładzie: “Pominę swoje potrzeby i nie powiem nic albo nie postawię żadnych granic (to naiwność), ponieważ obawiam się, że gdybym tak zrobił, to mnie odrzucą (to niskie poczucie własnej wartości)”.

Musimy to przeanalizować: „Czy jest jednak jakiś powód tego, żebym nie traktował siebie sprawiedliwie? Przecież nie jestem nikim, nieprawdaż? Mam swoje potrzeby – tak samo, jak wszyscy. Mam swoje ograniczenia – tak samo, jak wszyscy. Jeśli jest ciasto, to czemu nie miałbym wziąć sobie kawałka – tak samo, jak wszyscy”?

“Jeśli inni mogą mówić mi nie, to czemu ja nie mogę powiedzieć im nie”? To coś o wiele trudniejszego. Odnosimy się tu oczywiście do mówienia nie wtedy, kiedy jest to rzecz rozsądna, a nie tylko postawa bycia kimś, kto zawsze mówi nie. To byłaby skrajność. Jak powiedziałem, to interesujący i trudny do analizowania przypadek “. Czyż tak bardzo jestem głodny okazywania mi sympatii, że obawiam się powiedzieć nie, ponieważ tak naprawdę pragnę, żeby inni mnie lubili”? Czy kryje się za tym takie właśnie nastawienie? “Jestem sprgniony sympatii, spragniony tego, żeby ludzie mnie lubili, a więc nie chcę mówić nie. Chcę otrzymywać coraz więcej dowodów sympatii, ponieważ czuję, że nigdy nie dostałem ich wystarczająco dużo albo wcale ich nie otrzymywałem, a rozpaczliwie tego potrzebuję, więc nie odmówię niczego i nie postawię żadnych granic”. Mówimy tu o granicach w związkach. Kiedy więc inni wykorzystują nas albo traktują źle, to nie chcemy im powiedzieć nie, ponieważ tak bardzo brakuje nam dowodów sympatii, jakby nam brakowało jedzenia.

Myślimy wtedy: „A co by było, gdyby w gruncie rzeczy moje życzenie się spełniło? Gdyby ktoś był przez cały czas dla mnie sympatyczny i nadskakiwał mi bez przerwy – to byłoby strasznie denerwujące”. Z jednej strony czujemy, że nigdy nie mieliśmy dość. Z drugiej strony, zaczyna nas denerwować, kiedy mamy tego za dużo. Wyobraź sobie, że przez cały dzień pies liże ncię po twarzy. Oszalałbyś. Odpędziłbyś go. A tak przy okazji, to buddyjska metoda. Używamy niedorzecznych, skrajnych przykładów, celem pokazania: Czy tego naprawdę chcesz, żeby pies lizał cię po twarzy – przez cały dzień? Żeby ta druga osoba przez cały dzień mówiła ci: „Ach, jesteś taki cudowny!” i obejmowała nas oraz dotykała? Po jakimś czasie z pewnością powiedzielibyśmy: „Wystarczy”!

Możemy protestować: „Ale czy nie mógłbym dostać choć trochę”? Lecz trochę – nigdy nie wystarcza. To jest w tym paskudne. Ile musimy zjeść ulubionego jedzenia, żeby się nim nacieszyć? To interesująca kwestia. Czy wystarczy jedna łyżka? Na tym przykładzie możemy widzieć, że nigdy nie mamy dość.

Myślenie o wszystkich trzech sytuacjach

Na koniec myślimy o sobie pod kątem wszystkich tych trzech nastrojów i sposobów traktowania siebie: o karceniu siebie („Jestem takim idiotą. Jestem taką ofermą”, itd.), ponieważ mamy tak bardzo negatywną postawę wobec siebie, a potem o nadmiernym dogadzaniu sobie („Jestem taki fantastyczny. Jestem taki wspaniały. Jestem taki szczególny”), oraz o trzecim przypadku, kiedy po prostu lekceważyliśmy własne potrzeby („Jestem niczym i nic nie znaczę”). Wtedy próbujemy zobaczyć wszystkie te trzy pod kątem: „To po prostu jedynie konwencjonalne ‘ja’”. Nie ma potrzeby dodawania do niego ani tej negatywnej postawy, ani tej ponad-pozytywnej, bądź tej lekceważącej. To, jak siebie traktujemy, jest następstwem albo dodawania takiej postawy, albo nie dodawania.

To prowadzi nas na bardziej podstawowy poziom, kiedy coraz bardziej to analizujemy. Życie wznosi się i opada – to coś doskonale normalnego. Czasem czujemy się nieszczęśliwi, czasem czujemy się szczęśliwi – choć może nie szczęśliwi w jakiś spektakularny sposób – czasem zaś wydaje się, że nie odczuwamy niczego. Ważne, żeby widzieć tu, że naklejamy „ja” na to wszystko, jak etykietka. Te wzloty i spadki życia są podstawą dla „ja”. Jest tak nie tylko w sensie wzlotów i spadków zdarzeń w życiu, lecz również wzlotów i spadków własnych nastrojów, własnego samopoczucia – szczęśliwości, nieszczęśliwości, czegokolwiek. Nie ma więc potrzeby utożsamiania się z żadnym z nich: „Jestem nieszczęśliwy, jestem przegrany, jestem do niczego”. „Jestem szczęśliwy, jestem taki fantastyczny”. Lub „Niczego nie odczuwam, a więc jestem po prostu jednym wielkim niczym”.

Postanawiamy: „Nie będę traktować siebie niedobrze ani przesadnie dogadzać sobie, robiąc coś dla siebie, na przykład starając się zapewnić sobie nadmierną wygodę i dostawanie zawsze tego, czego potrzebuję”. To psucie siebie. Możemy zepsuć małe dziecko, zawsze dając mu wszystko, czego zechce. Psujemy samych siebie.

Postanawiamy także: „Nie będę też lekceważył własnych potrzeb. Bez względu na swoje samopoczucie – będąc szczęśliwy, nieszczęśliwy, czy względnie jakby nie czując niczego – będę traktować siebie ze zrównoważeniem. Bez względu na nastrój, będę utrzymywać równą postawę wobec siebie samego. Nie wpadnę w żadną z tych skrajności”.

To na podstawie tego zrównoważenia, w którym nie mamy żadnej przeszkadzającej postawy wobec siebie, możemy rozwijać bardziej pozytywną, zdrowszą postawę wobec siebie. Możemy rozpoznać własny potencjał, własne zdolności, bez wypierania się tego, co w buddyzmie nazywamy rozmaitymi aspektami „natury Buddy” – i bez wyolbrzymiania ich i myślenia: „Och, jakiż jestem fantastyczny! Mam wszystkie te aspekty natury Buddy. Mam cały ten potencjał”. To również wielka przesada w sensie: „Ja, Ja, Ja. Jestem taki fantastyczny. Jestem tak szczególny”. Wszyscy mamy różne zdolności – niektórzy mogą mieć więcej przeszkód, ale jest ten podstawowy ludzki potencjał i są różne zdolności. Musimy to rozpoznawać bez przekształcania tego w coś bardzo wyjątkowego („Jestem taki szczególny. To jest takie fantastyczne!”). Bądźmy zrównoważeni w stosunku do tego. Pracujmy nad tym z wyrównaną postawą, bez przeszkadzającego nastawienia.

Pytania i odpowiedzi

Do końca tej sesji pozostało jeszcze kilka minut, więc może dobrze będzie odpowiedzieć na parę pytań, jeśli są jakieś. Tak?

Zachęta dla własnych dzieci

Uczestnik: Czy powinniśmy pomagać własnemu dziecku być lepszym od innych, od swoich przyjaciół? Czy powinniśmy może ustanowić mu granice i wyjaśnić, że nie potrzebuje tego robić? Czy też może powinniśmy pomóc mu w tym, żeby samodzielnie sobie z tym poradziło?

Alex: To trudna kwestia, ponieważ oczywiście różne dzieci będą się różnić pod tym względem. Używanie przykładu innych – „Dlaczego nie radzisz sobie ze szkołą tak dobrze, jak starszy brat czy starsza siostra”? – może czasami odbić się rykoszetem i sprawić, że dziecko poczuje się całkiem bezwartościowe, nawet jeśli takiego porównania nie robimy wprost w taki sposób.

Znam przykłady, kiedy starsze dziecko w rodzinie jest w szkole supergwiazdą. Świetny sportowiec, celujące oceny i w ogóle. Do szkoły trafia potem młodszy brat czy młodsza siostra i mają tych samych nauczycieli. I nawet jeśli rodzice nic podobnego nie mówią, to ze strony nauczycieli padają takie porównania: „Dlaczego nie jesteś tak dobry, jak twój starszy brat czy siostra”? To trudne, bardzo trudne.

Jeśli więc chodzi o zachęcanie dziecka do rozwoju, przy pomocy podawania przykładu innych, to trzeba bardzo uważać, żeby zbytnio nie naciskać. Musimy uniknąć wywołania u dziecka postawy „Nie jestem wystarczająco dobry”. Lecz kiedy myślę pod kątem zachęcania dziecka do większej dyscypliny w nauce, czy do bardziej wytężonej pracy, do budowania rozmaitych umiejętności – czy to po prostu w szkole, czy też może ogólnie (a jeśli dziecko jest zbyt małe, to może tego nie zrozumieć) – jeśli więc wyjaśnimy mu: „To cię może uszczęśliwić” a nie „To ci przyniesie więcej sukcesów” czy podobne argumenty, „To cię po prostu uczyni kimś szczęśliwszym”, to może jest to sposób zręczniejszy. I nie używajmy argumentacji: „Będziesz lepiej zarabiać”. To też może być pewien problem. Pozostańmy przy czymś prostym: „Będziesz po prostu szczęśliwszy. Jeśli będzie coś, co zechcesz zrobić, to będziesz mógł wykazać się wystarczającą dyscypliną i koncentracją”.

Trudno powiedzieć, czy to zadziała, czy nie, ponieważ jeśli jako przykładu użyjemy samych siebie, to dzieci rodziców, którym bardzo się powiodło, mają czasem poczucie całkowitej niższości. Znowu więc bardzo ważne jest to zrównoważenie. Jeśli jesteśmy biznesmenem odnoszącym sukcesy czy kimś takim, to jako rodzic nie podkreślajmy tego przy swoim dziecku, ponieważ może ono zacząć odczuwać swą niższość: „Muszę temu dorównać. Nie ma mowy, żebym był w stanie to samo osiągnąć. Jestem do niczego. Nie będziecie mnie kochać, jeśli nie dokonam tego, czego wy dokonaliście, ale ja temu nie podołam”, a więc jest mnóstwo problemów. To samo dotyczy mówienia swojemu dziecku: „Ja doznałem porażki, a więc nie bądź ofermą taka jak ja”. Coś takiego również może być dość dziwaczne. „Jeśli jestem dzieckiem ofermy, to powinienem również być ofermą, z lojalności wobec tradycji rodzinnej”. Robi się z tego niezły bałagan.

Tak więc to zrównoważenie, o którym tutaj mówimy, ma wiele zastosowań, wiele pozytywnych zastosowań.

Czy są jeszcze jakieś krótkie pytania?

Problem nihilizmu

Uczestnik: Jeśli, z drugiej strony, jesteśmy nihilistyczni wobec siebie i myślimy: „Ja nie istnieję. Nic nie istnieje”, to wtedy możemy wpadać w drugą skrajność. „Jeśli nic nie istnieje, to nic nie ma znaczenia. Mogę zrobić to, co zechcę i kupić sobie tyle lodów, ile tylko chcę, ponieważ nic nie istnieje”.

Alex: Bezwzględnie tak. Postawa naiwności ma wiele następstw. Naiwność wobec „ja” – „Ja nie istnieję. Ja się nie liczę” (jest to więc naiwność co do rzeczywistości) – może prowadzić do naiwnej postawy wobec przyczyny i skutku: „Cokolwiek zrobię, nie ma to znaczenia, gdyż nie ma żadnego skutku”.

W buddyzmie rozpoznajemy więc te dwa rodzaje naiwności, albo nieświadomości (nieświadomość jest określeniem technicznym, lub niewiedzą). Jeden dotyczy przyczyny i skutku – odnosząc się do przyczyny i skutku w zachowaniach, nie do samych praw fizyki – i prowadzi on do destrukcyjnych zachowań, czy to wobec innych, czy wobec siebie, ponieważ sądzimy, że to, co robimy, nie będzie miało żadnych następstw i skutków. Drugim jest nieświadomość, albo zamęt, dotyczący rzeczywistości – jak ja istnieję, jak wszyscy istnieją, jak istnieje świat – i co kryje się za tymi niekończącymi się i nieprzerwanymi trudnościami wzlotów i spadków życia, które nazywamy „samsarą”.

Zakończmy w tym miejscu tę sesję a za godzinę wznowimy omawianie.