Archiwa Berzina

Buddyjskie archiwa dr. Alexandra Berzina

Wyświetl w trybie przyjaznym dla niewidomych. Skocz do nawigacji

Strona główna > Spotkanie z buddyzmem > Współczesna adaptacja buddyzmu > Wyrównywanie postawy wobec siebie: przezwyciężanie nienawiści do siebie > Sesja pierwsza: rozwijanie zrównoważenia wobec tego, co zrobiliśmy w życiu

Wyrównywanie postawy wobec siebie: przezwyciężanie nienawiści do siebie

Alexander Berzin
Moskwa, Rosja, wrzesień 2010 r.
przekład na język polski: Zbigniew Becker

Sesja pierwsza: rozwijanie zrównoważenia wobec tego, co zrobiliśmy w życiu

Wprowadzenie

Dziś wieczór i podczas tego weekendu chciałbym mówić o dość typowym pośród ludzi na Zachodzie problemie, którym jest negatywna postawa wobec samego siebie, niskie poczucie własnej wartości. Może to wręcz występować w skrajnej postaci, kiedy nie tylko nie lubimy siebie, lecz wręcz odczuwamy do siebie nienawiść.

To bardzo osobliwe, że wcale nie wydaje się to być problemem uniwersalnym. Na przykład dla Tybetańczyków jest to coś bardzo dziwnego i obcego. Byłem kiedyś w towarzystwie Jego Świątobliwości Dalajlamy na konferencji z grupą psychologów. Pojawiło się zagadnienie niskiej oceny własnej wartości oraz nienawiści do siebie i Jego Świątobliwość był tym bardzo zaskoczony – nigdy o niczym takim nie słyszał. Trudno mu było uwierzyć, że ludzie na Zachodzie naprawdę przyjmują wobec siebie tego rodzaju postawę. W tej konferencji uczestniczyło około dwudziestu osób. Jego Świątobliwość zapytał każdego z nas, czy mamy niskie poczucie własnej wartości, a każda z osób obecnych na sali odpowiedziała, że ma. Jego Świątobliwość był tym absolutnie zszokowany.

Można by oczywiście spekulować, co do powodów tego, że takiej niskiej samooceny nie spotyka się zbyt często wśród Tybetańczyków czy Hindusów (przez dwadzieścia dziewięć lat mieszkałem w Indiach). Jedna z teorii, którą sam wysunąłem, głosi, że ma to związek ze sposobem zajmowania się dziećmi i sądzę, że nie dotyczy to jedynie Tybetańczyków i Hindusów, lecz było tak również w czasach średniowiecza w Europie oraz z pewnością występuje w Ameryce Łacińskiej i innych częściach Azji. W tradycyjnych społeczeństwach niemowlę zawsze przebywa z matką czy starszą siostrą. Jest przywiązane do pleców matki albo – jak w Indiach – nosi się je na boku, ale zawsze pozostaje z kimś w kontakcie fizycznym. Sądzę, że to daje niemowlęciu, szczególnie bardzo młodemu, duże poczucie bezpieczeństwa. A pomyślmy jak ludzie na Zachodzie współcześnie najczęściej traktują niemowlęta – pozostawia się je w kołyskach i jedynie kiedy niemowlę płacze, to otrzymuje rodzaj ukojenia czy nagrody, kiedy się je – miejmy nadzieję – podnosi z kołyski. Sądzę, że pozostawianie niemowlęcia samotnego w kołysce, rodzi w nim podstawowe poczucie porzucenia i braku bezpieczeństwa.

Pomyślmy o wózkach, w których na Zachodzie ludzie wożą dzieci na spacer. Dziecko znajduje się przed matką czy ojcem. Tak więc to małe dziecko, może roczne, siedzi w wózku i samotnie ogląda ruch uliczny, a tam przejeżdżają ogromne ciężarówki i dzieją się różne rzeczy. To jest z pewnością bardzo przerażające, zaś w społeczeństwach tradycyjnych to niemowlę byłoby przywiązane do pleców matki czy ojca i patrząc na to wszystko, czułoby się bezpieczne i ochraniane. Tak więc myślę, że sposób, w jaki zajmujemy się dziećmi, kiedy są jeszcze bardzo małe, może im dawać poczucie, że: „Coś ze mną jest nie w porządku”. Sądzę, że to przyczynia się do wzbudzania w sobie tych niedobrych uczuć względem siebie.

Nie wiem, czy to wyjaśnienie jest prawdziwe, lecz wydaje się to być co najmniej jednym z czynników odpowiedzialnych za to, że ta postawa okazuje się tak bardzo przeważać u współczesnych ludzi wychowanych na modłę zachodnią, zaś nie znajdujemy jej w tak dużym stopniu w społeczeństwach tradycyjnych. Dodajmy do tego, że w systemie, w którym jest tak wiele współzawodnictwa i kładzie się tak wielki nacisk na osiąganie sukcesu, jak na współczesnym Zachodzie, to jeśli nie wygrywamy, bardzo często czujemy: „Nie jestem dość dobry”.

W każdym więc razie wielu z nas staje przed tym problemem – tą niską samooceną, nienawiścią do siebie. I jeśli patrzymy na nauki buddyjskie, to wszystko w nich w zamierzeniu ma pomóc nam przezwyciężyć cierpienie poprzez pozbycie się przyczyn cierpienia. Jeśli więc niska samoocena, negatywna postawa wobec siebie, jest przyczyną cierpienia i nieszczęśliwości oraz jeśli silnie ufamy naukom buddyjskim, to muszą istnieć jakieś buddyjskie metody, których możemy użyć, jako pomocy dla przezwyciężenia tego problemu.

Być może niektórzy z was już się zaznajomili z opracowanym przeze mnie programem pod nazwą: Rozwijanie zrównoważonej wrażliwości. Napisałem książkę pod tym tytułem i jest ona dostępna na mojej stronie internetowej – sądzę, że również po rosyjsku.

W tym programie, obejmującym dwadzieścia dwa ćwiczenia, łączę ze sobą rozmaite buddyjskie metody tak, żeby odnosić się do takich problemów, które silnie występują na Zachodzie, a których nie omawia się bezpośrednio w ramach tradycyjnych nauk buddyjskich. Zasadniczo są to problemy z niewrażliwością na innych lub siebie, lub też z nadwrażliwością i łatwym uleganiem zranieniu, brakiem kontaktu z własnym ciałem, poczuciem wyobcowania itd.

Opracowałem ten program jakieś dwanaście lat temu i od tamtej pory wypracowałem też inne rodzaje programów radzenia sobie z jeszcze innymi problemami, których nie uwzględniłem w pierwszej książce. Na przykład przygotowałem ćwiczenia na integrowanie własnego życia, jako całości oraz rozmaitych aspektów własnego życia. Czułem, że to jest niezbędne, ponieważ współcześnie nasze życie jest bardzo często w tak dużym stopniu pokawałkowane, że nie czujemy się całkowici. Te programy są również dostępne na mojej stronie internetowej.

[Zobacz: Ćwiczenia na integrowanie swojego życia.]

Opracowałem też kolejny program, kolejny zestaw ćwiczeń, dotyczący w szczególności przezwyciężania nienawiści wobec siebie. Chciałbym go przedstawić, w gruncie rzeczy po raz pierwszy, właśnie tu w Moskwie, podczas tego weekendu. Nie żebym uważał, że tutaj ludzie mają z tym większy problem niż gdzie indziej, lecz po prostu pojawiła się sposobność ku temu.

Oparłem ten program na modelu bardzo szczególnego zestawu nauk buddyjskich, na rodzaju treningu znanego jako wyrównywanie i wymiana swojej postawy wobec siebie i wobec innych, co w zamierzeniu ma pomóc przezwyciężyć tak zwaną miłość własną – a więc egoizm, myślenie tylko o sobie i pomijanie potrzeb innych ludzi. Zwieńczeniem tego jest praktyka zwana tonglen (gtong-len), która polega na „dawaniu i przyjmowaniu”. W edukacji buddyjskiej, po praktykowaniu tonglen występuje jeszcze kilka kolejnych kroków, ponieważ jej zwieńczeniem jest z kolei rozwinięcie bodhiczitty – pragnienia osiągnięcia oświecenia dla dobra wszystkich istot. Jednak właśnie tonglen jest jednym z głównych aspektów tego treningu. Tonglen to nazwa tybetańska, a użyłem jej dlatego, że wiele osób już o niej słyszało.

Tym, co w tonglen robi się w sposób praktyczny, jest wyobrażanie sobie przyjmowania albo brania na siebie wszystkich problemów innych istot, obchodzenie się z nimi z taką uwagą, jakby to były nasze własne problemy, a następnie dawanie tym innym jakiegoś rozwiązania i obdarzanie ich w ten sposób szczęśliwością. W jednym z tekstów – Siedmiopunktowym ćwiczeniu postawy (Blo-sbyong don-bdun-ma) – w ćwiczeniu postawy, lodźiong (blo-sbyong), które jest gatunkiem tego rodzaju praktyk, mówi się, że jeśli chodzi o praktykowanie tego, to powinno się zacząć od przyjmowania własnych problemów. Tak więc zaczynamy od siebie.

To się odnosi w szczególności do problemów starzenia się i chorób – potrzeby troszczenia się o chorych rodziców – nie tylko o własne choroby – tego rodzaju rzeczy, o których czasem w ogóle nie myślimy, że mogą się przydarzyć właśnie nam. Nawet samo zapewnienie własnej rodzinie utrzymania po swojej śmierci – jest to coś, czym powinniśmy się zająć. Tak więc zamiast wypierania tych rzeczy ze swojej świadomości, przyjmujemy je teraz do siebie. Mówimy: „Dobrze, teraz się tym zajmę. Czy będę na to przygotowany emocjonalnie? Czy będę przygotowany psychicznie? Czy mam jakiś pomysł, jak sobie z tą sytuacją poradzić”? itd. Tak więc zajmujemy się tym teraz, przynajmniej w umyśle, co jest oczywiście bardzo pomocną praktyką.

Przygotowanie się zawczasu na problemy, które mogą kiedyś powstać, ma również bardzo praktyczne zastosowanie w życiu codziennym – na przykład kiedy podejmujemy jakieś przedsięwzięcie. Mój nauczyciel, Serkong Rinpocze, podkreślał, że zawsze powinno się przygotować plan B i plan C na wypadek, gdyby plan A nie wyszedł. Na przykład jeden z moich uczniów starał się o wizę w celu studiowania w innym kraju, ale nie miał planu B na wypadek, gdyby mu tej wizy odmówiono. To było bardzo niebezpieczne, ponieważ rzeczywiście odmówiono mu wizy, a wtedy było już po terminie ubiegania się o możliwość studiowania w innym – łatwiej dostępnym – miejscu. Miał jednak szczęście, gdyż ponownie złożył podanie o wizę i na koniec, przy trzecim podejściu, uzyskał ją. Sądzę jednak, że taka strategia jest bardzo ważna – żeby być przygotowanym na wypadek, gdyby coś nie wyszło – mieć wtedy coś zamiennego i nie zostać po prostu z niczym.

Wspominam o tym z tego powodu, że ta praktyka dawania-i-przyjmowania mówi, żeby zacząć od siebie – a jest tam cała seria kroków poprzedzających właściwą praktykę dawania-i-przyjmowania – i wtedy przyszło mi na myśl, dlaczego by nie zacząć od samego pierwszego kroku, zajęcia się własnymi problemami? Oto jak rozwinąłem tę metodę. Zamiast stosowania wszystkich tych kroków równoważenia i wymieniania własnej postawy wobec siebie, i innych, w sposób skupiający się na innych – co jest tradycyjnym podejściem -w opracowanym przez mne nowym ćwiczeniu, będziemy w ramach tych kroków skupiać się na sobie samych w różnych okresach swojego życia.

Nie mamy niestety zbyt wiele czasu podczas tego weekendu, a ten program zawiera naprawdę wiele kroków. Uważam, żeby móc naprawdę odnieść korzyść z tych ćwiczeń, to trzeba je wykonywać powoli, w przeciągu sporej liczby sesji – większej, niż mamy w ten weekend. Teraz więc po prostu przedstawię wam ten materiał, zaś pracować z nim możecie później. To wszystko nagrywamy i ostatecznie trafi to na moją stronę internetową.

Każdy z tych kroków wymaga czegoś, co nazywamy medytowaniem, ale być może medytowanie jest tu słowem zbyt mocnym. Każdy krok wymaga prawdziwego przemyślenia, wejścia głęboko w siebie i rozważenia rozmaitych aspektów własnego życia. A co do ćwiczenia wrażliwości, to muszę z góry ostrzec, że zajmowanie się trudnymi zagadnieniami w swoim życiu może wywoływać emocjonalny niepokój. Jeśli więc zajmując się którąś z tych rzeczy poczujemy, że to już dla nas jest trochę za dużo, to nie róbmy tego dalej. W każdym razie teraz nie możemy poświęcić zbyt wiele czasu każdej z części tego ćwiczenia, więc jedynie ich posmakujemy. Zacznijmy.

Rozwijanie zrównoważenia wobec siebie

Pierwszym krokiem tego procesu jest rozwinięcie zrównoważenia wobec siebie. Jest wiele rodzajów zrównoważenia. Tutaj zajmujemy się stanem umysłu tymczasowo wolnym od odczuwania niechęci, przyciągania czy niedbałości. Zaniedbywanie czy pomijanie samego siebie tradycyjnie określa się jako naiwność. Nie biorąc naprawdę na poważnie rozmaitych aspektów samego siebie, czy też własnych potrzeb lub uczuć, jesteśmy naiwni wobec siebie. Tutaj będziemy chcieli usunąć – przynajmniej na wstępnym poziomie (nie pozbędziemy się ich całkowicie) – ten pospolity wymiar tych trzech rodzajów przeszkadzających postaw, jakie możemy żywić wobec siebie. Kiedy nasz umysł będzie już nieco bardziej zrównoważony, to staniemy się w większym stopniu otwarci i będziemy mogli rozwinąć bardziej pozytywne uczucia wobec siebie.

Rozwiniemy ten rodzaj zrównoważenia w trzech dużych krokach, z których każdy ma z kolei kilka części. Postaramy się rozwinąć zrównoważenie w stosunku do:

  • swojej postawy wobec tego, co zrobiliśmy w swoim życiu,
  • tego, jak postrzegaliśmy i traktowaliśmy siebie w swoim życiu, oraz
  • jak postrzegamy rozmaite aspekty własnej osobowości.

Jak widzimy, ta analiza będzie bardzo osobista. Nie chodzi tu o to, żeby trzeba było dzielić się tymi prywatnymi uczuciami z kimkolwiek, ale jeśli chcemy odnieść jakąś korzyść z tego programu, to musimy uczciwie wejrzeć w siebie i siebie zbadać.

Rozwijanie zrównoważenia wobec tego, co zrobiliśmy w życiu

Najpierw rozważmy własną postawę wobec tego, co zrobiliśmy w życiu. W tym celu rozważmy trzy sytuacje: kiedy popełniliśmy jakiś wielki życiowy błąd bądź w czymś zawiedliśmy, kiedy nam się powiodło oraz kiedy w naszym życiu nie działo się nic szczególnego. Zbadajmy swoje odczucia, co do każdej z tych trzech sytuacji.

Rozmyślanie o porażkach

Najpierw spróbujmy sobie przypomnieć, kiedy popełniliśmy jakiś wielki życiowy błąd bądź w czymś zawiedliśmy – czy to było w pracy, czy w szkole albo w związku – cokolwiek, kiedy to poczuliśmy: „Ojej, naprawdę to zawaliłem”. Jeśli pomyślimy głębiej, to zapewne przypomnimy sobie kilka takich przypadków. Wybierzmy jednak jeden z nich, jako przykład, ale niech on nie będzie zbyt bolesny czy emocjonalnie trudny do pracowania z nim.

Myślmy o tej własnej porażce i dajmy powstać uczuciu: „Ależ jestem okropny”. Kiedy myślimy o tym, jak popełniliśmy jakiś wielki błąd czy w czymś zawiedliśmy, to z pewnością używamy dużo mocniejszych określeń wobec siebie.

Wtedy rozmyślajmy: „Dlaczego uważam, że jestem tak bardzo okropny? Powodem jest to, że zawiodłem. Popełniłem błąd. To właśnie dlatego czuję, że jestem do niczego. Może zraniłem kogoś emocjonalnie, albo nie byłem dobrym rodzicem bądź synem lub córką, czy też dobrym przyjacielem. Nie mniej jednak jest wiele innych rzeczy, które zrobiłem w życiu dobrze. Nie jest tak, że zawodziłem bez wyjątku i we wszystkim. W życiu nie robiłem wyłącznie pomyłek. Nie jest więc fair skupiać się tylko na błędach i porażkach. To nie jest fair wobec siebie. Każdy popełnia błędy. Każdemu coś się nie udaje. Nie różnię się od innych, czemu więc oczekuję, żeby mnie wszystko wyłącznie się udawało? Jestem przecież tylko człowiekiem”.

Wtedy próbujemy myśleć o tej sytuacji, kiedy to zawiedliśmy bądź popełniliśmy jakiś życiowy błąd i usiłujemy rozpatrywać ją bez żadnego oskarżania siebie czy odczuwania nienawiści wobec siebie. Oczywiście ważne jest, żeby żałować swoich porażek i błędów oraz z całych sił postanowić nie powtarzać ich, zaś w przyszłości postępować lepiej. Nie ma jednak żadnej potrzeby nienawidzenia siebie za tę porażkę. To właśnie coś takiego próbujemy tu osiągnąć: móc myśleć o tych przeszłych porażkach – lub nawet kiedy w czymś zawodzimy obecnie – i być w stosunku do tego zrównoważonym w takim sensie: „No cóż, na przyszłość postaram się lepiej”. Zrównoważenie oznacza tu myślenie: „Czasami coś mi wychodzi, czasami coś mi się nie udaje – jak każdemu. Nie ma więc niczego szczególnego w tym, że czasami robi się w życiu błędy. Każdy je popełnia”.

Rozmyślanie o sukcesach

Następną rzeczą, którą rozważymy, jest ten czas w życiu, kiedy nam się coś udało i zrobiliśmy coś naprawdę dobrze – czy to w pracy, czy w szkole, czy pomagając komuś – cokolwiek to było, co zrobiliśmy dobrze. Dajmy wtedy powstać uczuciu: „Ależ jestem fantastyczny!”. Myślę tu o geście piłkarzy, który strzelając gola wyrzucają w górę ręce z okrzykiem „Jest”! – będąc z siebie tak bardzo dumni.

Wtedy rozważmy: „Dlaczego czuję się tak cudownie na swój temat i uważam, że jestem tak bardzo szczególny? To z tego powodu, że bardzo dobrze mi coś poszło, że coś mi się udało. Ale nie ze wszystkim mi się udawało. Czasami zawodziłem, nieprawdaż? Tak więc sukces nie jest niczym szczególnym”.

Podobnie jak w przypadku porażki, postanawiamy, że kiedy nam się powiedzie, kiedy zrobimy coś dobrze, to nie wpadniemy już w nadmierny entuzjazm: „Ależ jestem fantastyczny”! – jakbyśmy chcieli ucałować samych siebie w lustrze. Innymi słowy, rozważamy własne powodzenie ze spokojem umysłu.

Kiedy mówimy tu o zrównoważeniu, to mówimy o spokojnym stanie umysłu. Czy nam się coś udaje, czy nie – pozostajemy spokojni. Odczuwanie spokoju nie oznacza, że nie czujemy nic. To, co chcemy tu zrobić, to, na ile się to tylko da, zmniejszyć – a być może na jakiś czas w ogóle się pozbyć – przeszkadzającego stanu umysłu w odniesieniu do własnych sukcesów czy porażek. Wtedy, w oparciu o spokój zamiast wzburzenia, możemy rozwijać bardziej konstruktywny stan umysłu.

Jeśli coś zrobiliśmy źle, to zamiast poczucia winy, – a potem potrzeby karania siebie – po prostu odczuwamy żal. „Przykro mi, że to zawaliłem i dam z siebie wszystko, żeby tego więcej nie powtórzyć”. A zamiast odczuwania: „Ależ to wspaniałe, że mi się powiodło” – co jest w rzeczywistości dość przeszkadzającym stanem umysłu, pełnym arogancji, dumy itp., jak gdybyśmy musieli siebie jakoś nagrodzić – po prostu radujemy się tym, co zrobiliśmy: „Jestem z tego powodu szczęśliwy”.

Jak powiedział jeden z wielkich indyjskich mistrzów buddyjskich: „Kiedy wkładamy jedzenie do ust, to czyż musimy gratulować i dziękować własnej dłoni?” Ach, wspaniale się spisałaś. Dostarczyłaś jedzenie do moich ust”. To przecież byłoby niemądre, nieprawdaż? Jednak nie pojmijmy też tego opacznie, że stan zrównoważenia oznacza bycie robotem i nie doznawanie w ogóle żadnych uczuć. To nie znaczy nic takiego. Chcemy jednak odczuwać zdrowe emocje – a nie przeszkadzające.

Wróćmy teraz proszę i spróbujmy rozważyć przypadek, kiedy się nam powiodło, lecz bez postawy: „Jestem taki wspaniały, jestem taki fantastyczny”! Spróbujmy, przywołując to, być spokojniejsi. Wtedy, na tej podstawie, odczuwajmy zadowolenie i szczęśliwość z powodu własnego powodzenia – co w buddyzmie nazywamy „radowaniem się”.

Rozmyślanie o tym, kiedy nie działo się nic znaczącego

Teraz pomyślmy o trzeciej sytuacji, kiedy to w naszym życiu nie działo się nic znaczącego. Ani szczególnie w niczym nie zawodziliśmy, ani w niczym nam się nie powodziło – po prostu żyliśmy zwyczajnym życiem. Co czujemy wobec tego? „Jakie to nudne”. Czyż nie? „Co za nuda” – i wkrótce pomijamy te aspekty swojego życia. Znudzeni sobą, znudzeni życiem.

Dajmy więc powstać temu uczuciu „Co za nuda”. Następnie rozważmy: „Dlaczego czułem się znudzony sobą? Dlaczego czułem się zmęczony sobą? To dlatego, że nic na prawdę się nie działo – nic ekscytującego. Ani powodzenia, ani porażki, moje życie było po prostu w kółko takie samo – co za nuda”!

Ale jeśli się nad tym dobrze zastanowić, to nie jest prawda. Po pierwsze, dlaczego życie miałoby być przez cały czas ekscytujące? Kto powiedział, że ono musi być ekscytujące? Filmy hollywoodzkie, czy coś w tym rodzaju? A tak naprawdę, to przez cały czas odnosimy drobne sukcesy i porażki. „Przyrządziłem smaczny posiłek”. To się udało, nieprawdaż. Albo „To nie było zbyt smaczne”. Nawet bardzo proste rzeczy: „Z powodzeniem wypróżniłem się dziś rano”. Mam rację? Jeśli miewamy zaparcia, wtedy dobre wypróżnienie się to spory sukces, choć to nie jest żaden spektakularny sukces. Mówię po prostu, że udają się nam drobne rzeczy. Znajdujemy miejsce do zaparkowania. Udaje nam się dojechać do domu bez utknięcia na dwie godziny w korku. Życie nie jest po prostu nudne, nudne, nudne. Są w nim małe wzloty i spadki. Staramy się więc na te okresy swojego życia, które mamy skłonność zwykle pomijać i uznawać za bardzo nudne, popatrzeć bez postawy: „Ech, zero”!

Rozmyślanie o wszystkich trzech sytuacjach

Kolejnym krokiem, jeśli będziemy w stanie go zrobić, będzie próba utrzymywania w umyśle wszystkich tych trzech sytuacji w tym samym czasie: Wizualizujemy siebie odnoszących porażkę, następnie siebie odnoszących sukces, a potem siebie wiodących po prostu zwyczajneżycie każdego dnia. Staramy się być zrównoważeni wobec wszystkich tych sytuacji: ani nie odpychani od tego „ja”, które zawiodło („Co za oferma”!), ani nie przyciągani do tego „ja”, któremu się powiodło („Zawsze chcę być właśnie taki”), ani też nie pomijając tej trzeciej sytuacji („Nie chce mi się nawet myśleć o tym nudziarstwie”). Jeśli to mogłoby pomoc, to pomyślmy, że siedzimy przy stole, wszyscy czterej. Wiem, że to wygląda bardzo dwoiście – a nawet mało że dwoiście, to podwójnie dwoiście. Spróbujmy jednak sobie wyobrazić, takie emocjonalne spotkanie, przebywanie z wszystkimi tymi rozmaitymi „ja”, bez odczuwania odpychania od pierwszego, przyciągania ku drugiemu, czy pomijania tego trzeciego. Jesteśmy po prostu otwarci wobec nich wszystkich, jesteśmy otwarci na te wszystkie fazy samych siebie.

Konwencjonalne „ja” a nieprawdziwe „ja”

W celu głębszego zrozumienia tej postawy zrównoważenia, musimy wprowadzić tu pewne istotne zagadnienie z nauk buddyjskich, a mianowicie różnicę pomiędzy tym, co buddyzm nazywa konwencjonalnym „ja”, a nieprawdziwym „ja”.

To konwencjonalne „ja” jest czymś naklejanym, jak etykietka, na własne życie w całej jego rozciągłości. Każde zdarzenie w życiu – powodzenie, porażka czy po prostu codzienne zwykłe sprawy – są w równym stopniu jedynie czymś pojawiającym się w życiu. Wzorcem życia jest to, że ono nieprzerwanie wzlatuje i opada, a w końcu życie obejmuje i zawiera wszystkie te rozmaite sytuacje. Konwencjonalne „ja” istnieje i odnosi się do całego tego kontinuum. Oczywiście ja istnieję, ale moje istnienie opiera się przez całe moje życie na wszystkich tych zmiennych zdarzeniach. To jest to konwencjonalne „ja” – zawsze zmienne.

Natomiast nieprawdziwe „ja” w ogóle nie istnieje. Jest to coś, co rzutujemy. Tym, co sobie rzutujemy, jest jakieś „ja” utożsamiane wyłącznie z jakąś jedną częścią, jakimś jednym wydarzeniem – „Ja zawiodłem, ja jestem do niczego”! – które potem nigdy się już nie zmienia. Wyobrażamy sobie, że to jest całość „mnie”: „Jestem winny” albo „Jestem taki wspaniały. Jestem darem Boga dla świata” czy też „Jestem taki nudny. Jestem nikim, jestem niczym. Jestem jedynie drobnym, nic nieznaczącym trybikiem wielkiej maszynerii tego społeczeństwa. Jakie to nudne”! To jest to nieprawdziwe „ja”, to „ja”, które wyobrażamy sobie, jako coś solidnego i trwałego, ale które w rzeczywistości w ogóle nie istnieje. Kiedy dotykają nas jakieś przeszkadzające emocje, to jest tak właśnie dlatego, że utożsamiamy siebie z tym nieprawdziwym „ja”.

Musimy zdać sobie sprawę z tego, że ta projekcja nieprawdziwego „ja” nie odpowiada niczemu rzeczywistemu. Musimy wtedy potwierdzić na nowo to konwencjonalne „ja”, które posiada wszystkie te różne aspekty, wszystkie te rozmaite rzeczy, jakie zaszły w naszym życiu – czasami szło nam świetnie, czasami szło kiepsko, czasami nie działo się nic szczególnego. To jest właśnie to. Próbujemy więc potwierdzić to na nowo. Jeśli pojawiają się jakieś nieprawdziwe idee „ja” utożsamianego jedynie z jednym czy dwoma z tych zdarzeń i grzęźniemy w tym, to wtedy mówmy sobie po prostu: „To bzdura. To nie jest rzeczywistość”.

Kiedy wyobrażamy sobie te trzy różne przypadki w swoim życiu, próbujmy wtedy zdawać sobie sprawę z tego, że jesteśmy tym wszystkim. To konwencjonalne „ja” jest etykietką naklejaną na całość tego wszystkiego i zmienia się przez cały czas, w miarę tego, jak w naszym życiu zdarzają się rozmaite rzeczy. Nigdy nie utykamy w jakimś jednym zdarzeniu. Staramy się odczuwać spokój, co do tego wszystkiego – ani nie dawać się odpychać, ani przyciągać, ani też pozostawać obojętni na to „ja”, ale po prostu być otwartymi na każdą chwilę życia, bez robienia wielkiej sprawy z niczego, co się właśnie dzieje. Jesteśmy wtedy zasadniczo spokojni, co do siebie, uznajemy siebie. Na tej podstawie możemy budować bardziej pozytywną postawę wobec siebie. A na tej podstawie możemy z kolei rozwijać bardziej pozytywną postawę wobec innych, ale najpierw musimy sami ze sobą zawrzeć pokój.

Może tyle wystarczy na pierwszą sesję. Czy macie jakieś pytania albo uwagi?

Pytania i odpowiedzi

Nienawiść do siebie w innych kulturach

Uczestnik: Czy ta postawa nienawiści do siebie, to jest coś charakterystycznego jedynie w kulturach Zachodu, czy też jest ona również dość powszechna w innych krajach, takich jak Chiny czy kraje muzułmańskie, bądź wręcz w kręgach tradycji hinduskich?

Alex: Nie widziałem jej tak silnie występującej w innych krajach. Sądzę, że dużą różnicę stanowi to, czy jest to społeczeństwo tradycyjne, czy też tak zwane nowoczesne, które podąża za wzorcami zachodnimi. Sądzę, że im bardziej społeczeństwo staje się pełne współzawodnictwa i kładzie nacisk na wygrywanie, tym bardziej powszechne staje się, że niektórzy uważają siebie za przegranych i do niczego – jeśli nie wygrali.

Nie mam tej wiedzy, więc muszę was zapytać – choć może niektórzy z was nie są na tyle starzy, żeby to pamiętać – czy jest jakaś różnica w postawach ludzi wobec samych siebie pomiędzy systemem radzieckim, który nie był tak pełen współzawodnictwa, a czasem obecnym, kiedy to w społeczeństwie bardzo się ze sobą współzawodniczy? Czy ludzie mają teraz inną postawę wobec samych siebie? Trudno powiedzieć, jeśli było się za czasów radzieckich zaledwie małym dzieckiem. Ale czy ktoś ze starszych obecnych tu osób ma na ten temat jakiś pogląd?

Uczestnik: Tak. Wtedy było mniej tej nienawiści względem siebie.

Alex: Czyli tak, mniej takich postaw. Sądzę, że coś takiego stwierdzimy również w przypadku Chin. Jestem pewien, że gwałtowny wzrost gospodarczy i konkurencja w Chinach wpłynęły na dzisiejsze postawy ludzi wobec samych siebie w porównaniu z przeszłością.

Zapytałeś o kraje muzułmańskie. Są ogromne różnice pomiędzy Indonezją, Arabią Saudyjską a Nigerią. To są niewiarogodnie odmienne społeczeństwa mające wielkie społeczności muzułmańskie. Ale ogólnie mówiąc, ci muzułmanie, których znam, są bardzo dumni i pewni siebie. W islamie kładzie się mocny nacisk na równość wszystkich ludzi. Nie sądzę więc, żeby muzułmanie w tych krajach silnie odczuwali nienawiść do samych siebie.

Uczestnik: Czy możemy ogólnie powiedzieć, że ta nienawiść do samego siebie jest wytworem nowoczesnego zachodniego społeczeństwa i że nie znajdziemy jej w naszej zachodniej przeszłości? Czy rozwinęła się dopiero teraz?

Alex: Nie mógłbym stwierdzić tego z pewnością. Postawy zależą od wielu czynników. Na przykład zgaduję, że mając jakąś kulturę, w której przeważała religia kładąca nacisk na to, że jesteśmy grzesznikami, to prawdopodobnie było tam sporo nienawiści do samego siebie. Było tako z pewnością w średniowieczu i nadal są określone religie podkreślające ten aspekt: „Jestem grzesznikiem”. Myślę, że na taką postawę składa się wiele czynników. Zaś w tradycyjnym konfucjańskim, taoistycznym, hinduistycznym, czy buddyjskim sposobie myślenia, z pewnością nie występuje koncepcja grzesznika – nie w biblijnym tego znaczeniu. Nie znam wystarczająco dobrze islamu, żeby wiedzieć naprawdę, na ile występuje tam koncepcja bycia grzesznikiem. Kładzie się tam bardzo silny nacisk na przebaczanie, co występuje również w wielu formach chrześcijaństwa.

Podczas święta Aszury, muzułmanie szyiccy upamiętniają męczeństwo imama Husajna maszerując ulicami i uderzając się gwałtownie w piersi bądź nawet samobiczując, lamentując przy tym bardzo głośno. Byłem kiedyś świadkiem tego w Kaszmirze. Ale to nie opiera się na nienawiści do samego siebie. Samo to, że się siebie uderza, nie oznacza nienawiści do siebie. Idący w procesji robią to ze współczucia, na wspomnienie męczeństwa imama Husajna, w bitwie pod Karbalą, za sprawę prawomocnego dziedziczenia przywództwa Islamu. Tak więc ze współczucia, wspominając jego męczeństwo, muzułmanie szyiccy starają się sami doświadczyć podobnego cierpienia. Nie dzieje się to z powodu nienawiści do siebie. Samobiczowanie nie ma tu nic wspólnego z nienawidzeniem siebie.

Rozmyślanie o własnym sukcesie

Uczestnik: Bardzo ci dziękujemy za te medytacje. Myślę, że jest bardzo ważne, aby stosować je dla pamiętania o tych problemach w swoim codziennym życiu. Powiedziałeś, że porównując się z innymi ludźmi, każdy z nas ma w życiu porażki i sukcesy. Niemniej jednak odczuwam, że w porównaniu z innymi ludźmi mam, na przykład, mniej osiągnięć. Czy ty twierdzisz, że w rzeczywistości wszyscy mamy w życiu równą ilość porażek, powodzenia i okresów bezbarwnych?

Alex: To jest właściwie coś, do czego odniesiemy się w późniejszych krokach tego programu. Kiedy myślimy w kategoriach dobroci, to tak naprawdę byliśmy dla siebie dobrzy częściej, niż siebie krzywdziliśmy. Przez całe życie myliśmy zęby, spaliśmy, troszczyliśmy się o siebie przez całe swoje życie. Jeśli uwzględnimy ten aspekt, to byliśmy dla siebie samych bardzo dobrzy, dobrze nam z tym szło. Tak więc, jak już powiedziałem, sukces nie musi być czymś bardzo spektakularnym. To nie musi być zdobycie nagrody Nobla.

Uczestnik: Pytanie to dotyczy głównie porównywania siebie z innymi. Na przykład czy naprawdę odniosłem tyle samo sukcesów, co inni?

Alex: To naprawdę trudno jest ocenić, ponieważ kwestią jest to, jak mierzymy sukces? To właśnie do tego odnosiłem się w swojej odpowiedzi. Czy powodzenie musi mieć wymiar spektakularny – zdobywamy jakąś nagrodę – żeby zaliczyć je do sukcesów? Myślę, że tutaj kierujemy się ku byciu wystarczająco pewnym i zawarciu w wystarczającym stopniu pokoju ze sobą, żeby nie osądzać siebie pod kątem tego, czego dokonali inni.

Oczywiście filozofia kapitalizmu jest taka, żeby, mając współzawodnictwo, móc porównywać się z innymi, ponieważ chce się nie tylko im dorównać, lecz wręcz ich przewyższyć. Tak więc porównywanie się z innymi może nas inspirować do lepszych wyników. To jest z pewnością pozytywny aspekt porównywania się.

To, co chcemy robić w tantrze – to jest zaledwie drobny jej aspekt – to brać określoną emocję, która potencjalnie mogłaby nam przeszkadzać i wykorzystywać ją w jakiś pożyteczny sposób, przekształcać ją. Prosty codzienny przykład – gniew. Dzieje się jakaś niesprawiedliwość w społeczeństwie, albo w rodzinie, albo cokolwiek i możemy bardzo się z tego powodu rozgniewać. Ten gniew mógłby nas doprowadzić do zniszczenia czegoś – podłożenia gdzieś bomby – a więc doprowadzić nas do jakiegoś destrukcyjnego działania. Ten gniew mógłby również popchnąć nas w kierunku odczucia: „To mnie tak bardzo rozpala, tak złości, że coś z tym zrobię, żeby to naprawić”. Myśląc w taki sposób, możemy użyć energii gniewu w sposób konstruktywny, zamiast destrukcyjnego. Podobnie jest ze współzawodnictwem, porównując się z innymi możemy używać tej energii do samobiczowania siebie – „Jestem okropny” – lub też możemy jej użyć do motywowania siebie, żeby się lepiej postarać.

Rozwijanie pozytywnej postawy wobec siebie

Uczestnik: Czasem miewam pozytywne uczucia wobec siebie w związku z innymi ludźmi. W pewnym sensie wydaje się to zaprzeczać temu, co powiedziałeś – że najpierw musimy rozwinąć pozytywną postawę wobec siebie, a dopiero potem w stosunku do innych. Co mógłbyś o tym powiedzieć? Jest tak, że tylko zajmując się innymi, mam te pozytywne uczucia.

Alex: Czy mówisz, że kiedy masz pozytywne uczucia wobec innych, to jednocześnie odczuwasz coś takiego wobec siebie?

Uczestnik: Właśnie tak. Kiedy myślę o innych ludziach, to łatwiej jest mi odczuwać coś pozytywnego wobec siebie i współczuć sobie oraz siebie uznawać.

Alex: No tak. To jest coś bardzo prawdziwego. Jeden z najlepszych sposobów budowania pewności i bardziej pozytywnych uczuć wobec siebie to praktykowanie szczodrości. Jeśli możemy zrobić coś dla innych czy być dla nich dobrzy, albo choćby pomyśleć o nich ciepło, to wtedy mamy im coś do zaoferowania. Kiedy zaś czujemy, że „mam coś do zaoferowania innym”, to nie czujemy się bezwartościowi. Tak więc jest to zdecydowanie jedna z metod na rozwijanie bardziej pozytywnej postawy wobec siebie.

Jednak mówiłem, że jeśli startujemy z bardzo negatywnej postawy wobec siebie i przeskakujemy od razu w szczodrość i pomaganie innym – to być może niektórzy są w stanie dokonać takiego przeskoku – sądzę jednak, że krokiem pośrednim powinno być najpierw wygaszenie nienawiści wobec siebie. Ale dla niektórych nie musi to być konieczne. Im może być łatwiej od razu pracować z byciem szczodrym wobec innych i dawaniem innym sposobności do bycia szczodrymi.

Myślę tu o jednym z moich przyjaciół – psychiatrze, który zajmuje się sprawą pomagania krnąbrnym nastolatkom, którzy są gwałtowni, odmawiają współpracy z kimkolwiek, których bardzo ciężko jest przywołać do porządku i którym społeczeństwo mówi: „Jesteś przegrany i do niczego” (z czym się zatem utożsamiają i przyjmują postawę: „Pokażę wam, do jakiej podłości jestem naprawdę zdolny” – mają takie podejście). Gdybyśmy zdołali jakoś doprowadzić do tego, żeby ci nastolatkowie pomogli w zrobieniu czegoś, to nawet jeśli marnie im to pójdzie, da im to jednak poczucie posiadania czegoś wartego ofiarowania. Jedna z terapii przyjmujących tę zasadę, polega na zabieraniu takich nastolatków na długą wędrówkę, dając każdemu pod opiekę muła. Zajmując się tym mułem i sprawiając, że jest posłuszny, przyczyniają się do powodzenia całej wyprawy wędrówki i pokazują sami sobie, że mogą zrobić coś pozytywnego. Nie są wcale całkowicie przegrani.

Z kolei to, co ty mówisz, to jest absolutna prawda – czasem o wiele łatwiej jest mieć pozytywne odczucia wobec innych, niż wobec siebie. Nie podważam tego. Problemem jest jednak, jak zmotywować siebie do myślenia o innych, do dobroci wobec innych, do zrobienia czegoś dla innych – jeśli całkowicie zalewa nas nienawiść do siebie? W jaki sposób dokonać tego przejścia? To właśnie jest problem. Wielu osobom grzęznącym w nie znoszeniu siebie, bardzo trudno jest dokonać takiego przejścia, a więc pomóc im może najpierw ugaszenie nienawiści do siebie. Sądzę, że to właśnie dlatego wspomnianą przeze mnie praktykę dawania i przyjmowania zwykle przedstawia się w takim ujęciu, że zaczyna się od siebie. Nie jest to jednak koniec tego programu, tylko zaledwie pierwszy jego krok. Potem stopniowo rozszerza się to na tych ludzi, których lubimy, potem na nieznajomych, a potem nawet na tych, których nie lubimy. Niektórzy ludzie rzeczywiście łatwiej mogą pomagać osobom nieznajomym, ponieważ nie wiąże się z tym tak wiele emocjonalnego bagażu, emocjonalnego związku – przykładem czego są ci, co w ramach jakiegoś ruchu społecznego mogą pomagać innym, ale nie są w stanie naprawdę radzić sobie z własną rodziną.

Obalanie nieprawdziwego „ja”

Uczestnik: Czy to prawda, że rozwijając pozytywną postawę wobec siebie, możemy pomóc sobie w usunięciu własnego „ja”, swojej jaźni i swojego egoizmu? Jakie inne techniki mogą nam w tym pomóc?

Alex: Tak jak powiedziałem, jest wielka różnica pomiędzy konwencjonalnym „ja”, które istnieje, a nieprawdziwym „ja”, które nie istnieje. Tak więc pozytywna postawa wobec konwencjonalnego „siebie” bardzo różni się od pozytywnej postawy wobec nieprawdziwego „siebie”. Pozytywna postawa wobec tego nieprawdziwego „siebie” – „Jestem taki cudowny. Jestem taki wspaniały” – może prowadzić do wzmacniania egoizmu. Pozytywna postawa wobec konwencjonalnego „siebie” może prowadzić do bycia bardziej otwartym i sprawiedliwym – nie tylko wobec siebie, lecz również wobec innych.

W buddyzmie używa się wielu metod do podważania tego nieprawdziwego „ja” – innymi słowy, do wykazywania sobie, że ono nie odpowiada niczemu rzeczywistemu. Jeśli jesteśmy tacy cudowni bądź tacy okropni, to gdyby to miała rzeczywiście być nasza prawdziwa tożsamość, musielibyśmy być tacy zawsze i w każdych okolicznościach. To jasne, że tak wcale nie jest. Nie jesteśmy więc tym samym, co ja uważające się za „dar Boga dla świata”. Lecz czyż jesteśmy całkowicie odmienni, całkowicie oddzieleni od tego wyobrażenia? Jeśli tak jest, to kim jest to „ja”, które uważa, że jest tak wspaniałe? Czy to jest ktoś różny od nas? Analizując to w taki sposób, dochodzimy do wniosku, że cała ta koncepcja jakiegoś solidnego, trwałego „siebie” to czysta bzdura i nie odpowiada to niczemu rzeczywistemu.

Pomyślność z buddyjskiego punktu widzenia

Uczestnik: Czy mogę zapytać cię o zdanie na temat jednego pojęcia, jednego słowa, którego użyłeś dziś wielokrotnie?

Alex: Proszę bardzo.

Uczestnik: Myślę, że we współczesnym świecie sukces jest niemal nową religią. Twój przykład z ubikacją był bardzo zabawny. I w rzeczy samej, jeśli uważamy, że pójście do ubikacji stanowi sukces, to wtedy wszystkim nam bardzo się powodzi. Moim pytaniem jest jednak: czym jest sukces z Twojego punktu widzenia? Czy to jest jakiegoś rodzaju wewnętrzne odczucie? Czy też występuje tu po prostu jakiś zestaw parametrów społecznych, ponieważ zawsze współzawodniczymy?

Alex: Wymieniasz tu dwie rzeczy: co społeczeństwo uznaje za sukces oraz co ja sam subiektywnie uważam za sukces.Sukces może więc być społeczny i subiektywny. Oczywiście to, co uznajemy subiektywnie, może być warunkowane tym, co za sukces uznaje społeczeństwo, zaś to z kolei różni się w poszczególnych społeczeństwach. Szczupła sylwetka jest w niektórych społeczeństwach oznaką sukcesu. W innych społeczeństwach – w Afryce – oznaką sukcesu są kształty obfite. Co jest kryterium powodzenia?

Kiedy mówimy o sukcesie w znaczeniu buddyjskim, to nie mówimy o niczym takim, co uznaje społeczeństwo ani co moglibyśmy odczuwać w oparciu o jakieś osobiste koncepcje – to jest coś innego. Z buddyjskiego punktu widzenia powodzenie oznacza osiągnięcie jakiegoś celu duchowego. Tutaj cel duchowy oznacza jakiś poziom poprawienia siebie – poprawienia samego siebie w celu skuteczniejszego pomagania innym. Tak więc sukces nie zależy od tego, jacy jesteśmy przystojni, ile mamy pieniędzy czy też czy ubieramy się zgodnie z najnowszą modą.

Właściwą postawą wobec powodzenia jest radowanie się nim – odczuwamy szczęśliwość, lecz nie dajemy się temu ponieść. Jest to bardziej spokojny stan szczęśliwości. Jest to bezpieczny stan umysłu. Jest to uczucie: „Zmierzam w właściwym kierunku, jestem z tego powodu szczęśliwy i będę to po prostu robić dalej”. Jest to więc bardzo wyciszony i spokojny stan szczęśliwego umysłu. Zaś nie jest to żadne: „Ho! Ho! Ho!” i poklepywanie po plecach – pogładź mnie po głowie, a ja zamerdam ogonem – nic podobnego. Nie robimy wielkiej sprawy z niczego, w czym nam się powiodło. Nie musimy dawać ogłoszenia w gazecie, zaś to, czy ludzie to uznają, czy nie, nie ma dużego znaczenia. Czujemy się wystarczająco bezpieczni i pewni sami w sobie, żeby wiedzieć, iż zmierzamy w swoim życiu we właściwym kierunku. Dobrze wykonaliśmy jakieś zadanie – na tyle dobrze, na ile na tym etapie mogliśmy. W Siedmiopunktowym ćwiczeniu postawy mówi się, że spośród dwojga świadków – samego siebie i innych – powinniśmy brać siebie za głównego świadka dla poświadczania tego, czy staliśmy się, bądź nie, osobą o wielkim sercu, zawsze myślącą o innych.

Jest wielka różnica pomiędzy byciem szczęśliwym z powodu czegoś, co zrobiliśmy, a utożsamianiem tego nieprawdziwego „siebie” z: „Jestem taki wspaniały”! Nacisk nie idzie więc na to „ja, ja , ja”. Skupiamy sią na osiąganiu coraz większej zdolności do pomagania innym. Czymś takim może być więcej cierpliwości a mniej gniewu. To o tego rodzaju sukcesach mówimy. „Poradziłem sobie z tą rodzinną kolacją z wszystkimi ciotkami i wujkami bez żadnej złości”. Nieźle. To jest sukces. „Nie rozgniewałem się, kiedy mama nie przestawała mi suszyć głowy: Czemu tak nie zrobisz? Czemu nie zarabiasz lepiej? Czemu nie? Czemu nie? Czemu nie?’”

Uczestnik: Może nie pytałaby, gdybyśmy mieli więcej tych pieniędzy.

Alex: Nigdy nie byłaby zadowolona – to już wiemy.

Zakończmy naszą sesję w sposób buddyjski, a mianowicie dedykacją. Pomyślmy, oby wszelkie zrozumienie, wszelka pozytywna siła, jaka z tego powstała, wnikała coraz to głębiej i działała, jako przyczyna nie tylko przezwyciężenia niskiej oceny siebie, lecz oby szła coraz to dalej, aż do osiągnięcia stanu Buddy, w celu najskuteczniejszego pomagnia wszystkim.