Archiwa Berzina

Buddyjskie archiwa dr. Alexandra Berzina

Wyświetl w trybie przyjaznym dla niewidomych. Skocz do nawigacji

Strona główna > Spotkanie z buddyzmem > Wstęp do buddyzmu > Zarys Czterech Szlachetnych Prawd

Zarys Czterech Szlachetnych Prawd

Alexander Berzin
Bukareszt, Rumunia, czerwiec 2009 r.

Poproszono mnie tego wieczoru, by rozpocząć serię wykładów od omówienia Czterech Szlachetnych Prawd. Jest to właściwy sposób rozpoczynania, ponieważ Budda właśnie tak zaczął swoje nauczanie. Mamy wiele systemów nauk, nauk duchowych, bez względu na to, czy nazywamy je religiami, czy filozofiami, jest wiele systemów i Budda, oczywiście, zdawał sobie sprawę z ich istnienia w swoich czasach, a dzisiaj mamy o wiele więcej takich systemów. Tak więc, kiedy podchodzimy do buddyzmu, sądzę, że dość ważne jest rozpoznanie cech wyróżniających buddyjskie podejście. Buddyzm oczywiście zawiera wiele nauk współdzielonych z innymi systemami: a wiec żeby być dobrą, miłą i kochającą osobą, która nie krzywdzi nikogo. To znajdziemy niemal w każdej religii, w każdej filozofii, nieprawdaż? Tak więc oczywiście również buddyzm tego naucza. Nie musimy zwracać się ku buddyzmowi, żeby się tego nauczyć, chociaż obfituje on w liczne metody umożliwiające rozwijanie dobroci i miłującego współczucia i możemy odnieść korzyść z tych metod – bez względu na to, czy przyjmujemy cokolwiek innego z nauk buddyjskich, czy nie.

Lecz gdybyśmy spytali: „Co jest szczególnego w buddyzmie?”, to musimy przyjrzeć się Czterem Szlachetnym Prawdom. Ale nawet przy omawianiu tych Czterech Szlachetnych Prawd znajdziemy wiele rzeczy wspólne z innymi systemami.

Co do tego wyrażenia „Szlachetna prawda”, muszę przyznać, że jest to dość dziwne tłumaczenie oryginału, ponieważ tak naprawdę to wyrażenie oznacza, że istnieją cztery fakty, postrzegane jako prawdziwe przez tych, którzy niekonceptualnie ujrzeli rzeczywistość. Tak więc oznacza to, że chociaż są to prawdziwe fakty, to większość ludzi w rzeczywistości ich nie rozumie. Nawet ich sobie nie uprzytomnia. Tak więc, jak powiedziałem, to słowo „szlachetne” nie jest najlepszym sposobem przetłumaczenia tego wyrażenia, ponieważ brzmi to jak jakaś średniowieczna arystokracja, zaś odnosi się do osób wysoce urzeczywistnionych.

Pierwszy z tych prawdziwych faktów zwykle nazywa się „cierpieniem” . Budda głosił, że nasze życie wypełnia cierpienie i nawet coś, co moglibyśmy uznawać za zwyczajną szczęśliwość, wiąże się z wieloma problemami. Jeśli przyjrzymy się temu słowu – jak wiecie, jestem tłumaczem, a więc lubię przyglądać się słowom – jeśli więc przyjrzymy się słowu, które jest tłumaczone jako „cierpienie”, w sanskrycie jest to słowo “duhkha.Kha to przestrzeń, zaś duh jest przedrostkiem. Mamy sukha, które oznacza szczęśliwość oraz duhkha, nieszczęśliwość; tak więc duh jako przedrostek oznacza coś niezadawalającego, niemiłego, nieprzyjemnego. Nie chciałbym używać wartościującego słowa „złe”, ale to idzie w tym kierunku. Tak więc wynika z tego, że coś jest nie tak z tą przestrzenią, a ta przestrzeń odnosi się do całej przestrzeni umysłowej, przestrzeni naszego życia. Jest to jakaś nieprzyjemna sytuacja.

Co więc jest w niej nieprzyjemnego? Tak więc przede wszystkim doświadczamy pospolitego cierpienia, czyli bólu, nieszczęśliwości, smutku. Jest to coś, co wszyscy rozumiemy i każdy chce tego unikać – nawet zwierzęta. Nie ma więc niczego wyróżniającego w tym, że buddyzm głosi, iż ból i nieszczęśliwość są położeniem niezadowalającym i najlepiej byłoby się z tego wydostać. Drugi rodzaj cierpienia nazywa się cierpieniem zmian i to mówi o naszej zwykłej, codziennej szczęśliwości. Jaki mamy z nią problem? Problemem jest to, że ona nie trwa. Zmienia się. Gdyby to, co uważamy za zwyczajną szczęśliwość, było prawdziwą szczęśliwością, to im więcej byśmy jej mieli, tym bylibyśmy szczęśliwsi. Jeśli więc doświadczamy szczęśliwości jedząc czekoladę, to im więcej zjemy tej czekolady – jedząc ją całymi godzinami i bez końca – to tym bardziej powinniśmy być szczęśliwi – a to oczywiście tak nie jest. A jeśli ukochana osoba pieści naszą dłoń, to gdyby miała to robić godzinami, wkrótce zaczęłoby to bardzo boleć. Tak więc to się zmienia. Natomiast, jeśli chodzi o zwyczajną szczęśliwość, to nigdy jej dosyć, nigdy jej nie wystarcza, nigdy nie jesteśmy zaspokojeni. Zawsze chcemy więcej czekolady, może nie natychmiast, ale za niedługi czas.

Wiecie, to jest bardzo interesujące, jak się pomyśli: „Ile musimy zjeść ulubionego jedzenia, żeby to nam sprawiło przyjemność”? Jeden kęs, posmakowanie go powinno wystarczyć, nieprawdaż? Lecz my stale chcemy więcej. Również nie jest wyłącznie buddyjskim celem chęć przezwyciężenia tego rodzaju problemu, zwyczajnej, powszechnej przyziemnej szczęśliwości. Przekroczenie tej zwyczajnej, powszechnej szczęśliwości, którą mamy i znalezienie jakiejś transcendentnej, trwałej szczęśliwości, nie jest wyłącznie celem buddystów. Wiele religii naucza: „Przekrocz świeckie przyjemności, idź do raju gdzie panuje wieczny błogostan”. A więc nie jest to nic szczególnie buddyjskiego, nieprawdaż?

Mamy również trzeci rodzaj cierpienia, a to już jest szczególnie buddyjskie ujęcie i to cierpienie nazywa się „cierpieniem wszechobecnym” albo „wszechobecnym problemem”. Ono przenika wszystko, czego doświadczamy, a odnosi się do powtarzającego się w niekontrolowany sposób odradzania, będącego podstawą owych wzlotów i spadków w codziennym życiu. Innymi słowy, odradzanie się coraz to na nowo, z tego rodzaju życiem, jakie mamy, z tego rodzaju umysłem i ciałem, jakie mamy, stanowi podstawę tamtych pierwszych dwóch problemów. Tak więc, oczywiście, prowadzi nas to do zagadnienia odradzania się, które będziemy omawiać jutro, dlatego nie będę teraz zbytnio zagłębiał się w szczegóły.

Jest wiele innych indyjskich systemów filozoficznych, które uczą o odradzaniu się, a więc to nie jest nic nowego, czego nauczał Budda. Tym niemniej on to opisał i zrozumiał, a przy tym zrozumiał mechanizm tego o wiele głębiej i w odmienny sposób, niż wyjaśniały to inne filozofie i religie za jego czasów. Podał więc pełne wyjaśnienie mechanizmu działania odradzania się: jak to jest, że nasz umysł i ciało doświadczają tych wzlotów i spadków bólu, nieszczęśliwości oraz zwyczajnej szczęśliwości.

To prowadzi nas do drugiej Szlachetnej Prawdy, co do której, jak powiedziałem, nie wejdę teraz w pełne wyjaśnianie mechanizmu odradzania się, lecz co jest jego przyczyną? Jeśli przyjrzymy się prawdziwej przyczynie, to będziemy mogli zacząć rozumieć, o czym mówił Budda. Tak więc nie wprowadzajmy koniecznie kwestii odradzania się dziś wieczór i spróbujmy zrozumieć to, co wyjaśniał Budda, w prosty, logiczny sposób. Mówimy o cierpieniu i zwyczajnej szczęśliwości – a te pochodzą z jakiejś przyczyny – zaś Budda mówił o „prawdziwych przyczynach”. Moglibyśmy sądzić, że te rzeczy przychodzą do nas jako nagroda i kara czy tym podobne rzeczy, ale Budda mówił o prawdziwej przyczynie i mówił o destrukcyjnym oraz konstruktywnym postępowaniu.

Co rozumiemy przez destrukcyjne postępowanie? Czy jest nim tylko wyrządzanie komuś krzywdy? W rzeczywistości, mówiąc o wyrządzaniu krzywdy, możemy mówić o krzywdzeniu innych bądź o krzywdzeniu samych siebie. Bardzo trudno jest więc powiedzieć na podstawie samego postępowania, czy ono rzeczywiście wyrządzi jakiejś innej osobie krzywdę, czy też nie. Moglibyśmy dać komuś ogromną sumę pieniędzy, a wskutek tego osoba ta ginie zamordowana przez kogoś chcącego ukraść te pieniądze. Nie wiemy naprawdę, jaki rzeczywiście będzie skutek czegoś, co komuś robimy. Możemy chcieć pomóc tej osobie, taki mamy cel, ale nie ma tu żadnej gwarancji. Natomiast pewne jest, że określony rodzaj postępowania będzie szkodliwy dla sprawcy. To właśnie rozumiał Budda przez destrukcyjne postępowanie – coś destrukcyjnego dla samego sprawcy.

Odnosi się to do działania, mówienia czy myślenia pod wpływem przeszkadzających emocji. Przeszkadzające emocje – przeszkadzają. Powodują, że tracimy spokój umysłu i panowanie nad sobą. Tak więc odnosi się to do gniewu, chciwości i przywiązania, zazdrości, arogancji, naiwności, niezdecydowania (nie możemy zdecydować się, co zrobić). Jest cała lista takich emocji i jeśli całkowicie ogarniają myślenie, i kiedy mówimy pod ich wpływem czy działamy pod ich wpływem, przyniesie to nam samym nieszczęśliwość. Być może nie natychmiast ale po dłuższym czasie, ponieważ kształtuje to skłonność do powtarzania takich zachowań. Zaś, z drugiej strony, konstruktywnym postępowaniem jest postępowanie nie będące pod wpływem tych przeszkadzających emocji, lecz w rzeczywistości wręcz motywowane bardziej pozytywnymi emocjami, takimi jak miłość i współczucie czy cierpliwość.

Natomiast przede wszystkim, kiedy działamy konstruktywnie, to to rodzi szczęśliwość. Prawda? Umysł jest bardziej rozluźniony, spokojniejszy. Jesteśmy w stanie nieco bardziej nad sobą panować, a więc nie mówimy niczego głupiego, ani nie działamy w żaden głupi sposób. I może to nie być nic natychmiastowego, ale w dłuższym okresie czasu rodzaj szczęśliwości sprowadzanej przez tego rodzaju konstruktywne postępowanie ma za swoje podłoże zasadniczo naiwność co do tego, w jaki sposób istniejemy my, jak istnieją inni, co do rzeczywistości w ogóle.

Teraz, jeśli chodzi o zwyczajną szczęśliwość i nieszczęśliwość, to nie są one jakąś nagrodą czy karą wymierzaną przez jakiegoś sędziego, jakąś zewnętrzną postać. One niemal wynikają z praw fizyki. A co jest tego podstawą? Tą podstawą jest wewnętrzny zamęt. Mamy zamęt, na przykład, co do „ja”, że zawsze powinno być na wierzchu. Prawda? Myślimy: „Ja jestem najważniejszą osobą, zawsze powinno być jak ja chcę i powinienem/powinnam być przepuszczany/przepuszczana w kolejce w supermarkecie, powinienem/powinnam być pierwszy/pierwsza, itd.” Tak więc jesteśmy źli na ludzi, którzy są przed nami, pchamy się. Łapczywie chcemy być pierwsi, nieprawdaż? Niecierpliwimy się, że ktoś się tak bardzo guzdrze i nasz umysł wypełnia się rozmaitymi, naprawdę bardzo nieszczęśliwymi, nieprzyjemnymi myślami na temat tej osoby, nieprawdaż? A nawet jeśli działamy w jakiś konstruktywny sposób, również jest to podszyte wielkim zamętem, co do „ja”. Często pomagamy innym, ponieważ chcemy, żeby nas lubili. Chcemy, żeby nas pokochali albo przynajmniej nam podziękowali, lub też pomagamy im, ponieważ daje to nam poczucie bycia potrzebnymi. Wielu rodziców tak się zachowuje wobec własnych dzieci i chociaż pomaganie komuś w ten sposób może czynić nas szczęśliwymi, to jednak kryje się pod tym coś niezbyt zadawalającego. Tak więc szczęśliwość, której moglibyśmy doświadczyć – być może nie od razu, lecz w jakiejś dłuższej perspektywie – ten rodzaj szczęśliwości nigdy nie trwa. Zmienia się w coś niezadawalającego. To trwa i trwa przez całe życie oraz – z buddyjskiego punktu widzenia – również w przyszłych odrodzeniach.

A jeśli zajrzymy nieco głębiej, to mamy zamęt co do wszystkiego. Prawda? Jesteśmy tak bardzo w kimś zakochani, że całkowicie wyolbrzymiamy zalety tej osoby. Albo nie lubimy kogoś tak bardzo, że całkowicie wyolbrzymiamy wady tej osoby. Nie widzimy w niej niczego dobrego. A im bardziej to badamy, tym więcej zamętu stwierdzamy u podłoża wszystkiego, czego doświadczamy, przez cały czas. Idąc jeszcze dalej, głębiej, odkrywamy, że podstawą tego jest występowanie ograniczeń. Mając tego rodzaju umysł i tego rodzaju ciało, mamy ograniczenia. Jeśli o tym pomyśleć, to kiedy zamykamy oczy, wygląda tak, jakby cała reszta świata nie istniała, a bylibyśmy jedynie my i odzywa się w głowie ten głos, i wydaje się, jakby to było „ja” – wewnątrz czego? Wewnątrz własnej głowy? Wewnątrz siebie? Ja wewnątrz siebie – to jest na prawdę dziwaczne. I rozpoznajemy go, ponieważ to zawsze ten głos zawsze narzeka: „Muszę iść na początek kolejki, muszę to zrobić”. To on zawsze się martwi. I jakoś tak to wygląda, jakby to „ja”, ten głos we własnej głowie, było czymś szczególnym i istniejącym w jakiś sposób niezależnie od wszystkich innych ludzi, ponieważ kiedy zamykamy oczy, to uważam, że nie ma niczego innego. Jest tylko „ja”.

Tak więc wprowadza to wielki zamęt, ponieważ, oczywiście, nie istniejemy niezależnie od wszystkich pozostałych ludzi i nikt nie jest nikim szczególnym. Wszyscy jesteśmy ludźmi. Mam przed oczami obraz stu tysięcy pingwinów na Antarktydzie, jakwszystkie stoją w śniegu. Czy coś czyni któregoś z nich bardziej specjalnym od innych? Wszystkie są takie same. Tak samo my. Prawdopodobnie dla pingwinów wszyscy ludzie wyglądają podobnie. W porządku, a więc jak myślimy: „Och, jestem tak wyjątkową osobą i kimś niezależnym od wszystkich”, wtedy musi być tak jak my chcemy i złościmy się, kiedy tak nie jest.

Dlatego zasadniczo oprzyrządowanie naszego umysłu, tego ciała itp., przyczynia się do doznawania tego zamętu. Patrzę – no tak, to jest dziwaczny sposób powiedzenia tego, jakby wewnątrz było jakieś „ja” – ale patrzę na zewnątrz przez te otwory na przodzie głowy. Nie mogę widzieć, co jest z tyłu. Mogę widzieć jedynie to, co jest teraz. Nie też mogę widzieć tego, co było wcześniej. Nie mogę zobaczyć tego, co przyjdzie później. To bardzo ogranicza, nieprawdaż? Starzeję się. Nie słyszę już zbyt dobrze, a więc kiedy coś mówicie, to nie słyszę tego poprawnie. Myślę, że powiedzieliście coś innego i gniewam się z tego powodu. To jest niedorzeczne, nieprawdaż?

Tak więc tym wszechobecnym problemem jest to, że nieustannie odradzamy się z tego rodzaju ciałem, z tego rodzaju umysłem, które jedynie będą podtrzymywać ten zamęt. A w oparciu o ten zamęt będziemy działać destrukcyjnie albo w jakiś zwykły konstruktywny sposób, a to zrodzi nieszczęśliwość i cierpienie oraz zwyczajną, zmienną szczęśliwość.

Natomiast jeśli rzeczywiście wejrzymy głębiej – ale to jest złożone i nie będę w to teraz wchodzić – to właśnie sam ten zamęt napędza to niekontrolowanie odradzanie się. Prawda? Jest tak z tego powodu, że chcemy więcej i więcej, i więcej. To jest zatem prawdziwą przyczyną prawdziwych problemów i prawdziwego cierpienia. To ten zamęt. Zamęt to… używam tego jedynie jako określenia ogólnego. Bardziej konkretnym słowem jest „nieświadomość”. Nieświadomość zazwyczaj przekłada się jako „niewiedza”. Nie podoba mi się słowo „niewiedza”, ponieważ wynika z niego, że jesteśmy głupi. Nie to jest problemem, że jesteśmy głupi. To nie jest naprawdę ta konotacja, lecz „nieświadomość” oznacza, że albo nie wiemy tego, w jaki sposób my istniejemy, albo jak istnieją rzeczy, a więc jesteśmy w tym sensie nieświadomi. “Po prostu nie wiem tego”, albo “Wiem to w sposób niewłaściwy, w sposób odwrócony”, jak np., kiedy myślimy, że jesteśmy jedyni na świecie, że jesteśmy najważniejsi, a to jest dokładne przeciwieństwo rzeczywistości. Rzeczywistość jest taka, że wszyscy jesteśmy tu razem. Wzajemnie na siebie oddziałujemy i nie jest tak, że jesteśmy głupi, ale z powodu tego ciała i umysłu tak to czujemy. Zamykamy oczy i słychać ten głos w umyśle, a więc moglibyśmy powiedzieć, że to normalne, iż jesteśmy nieświadomi, że żyjemy w tym ten wewnętrznym zamęcie.

I to dlatego mówimy, że są to tak zwane „Szlachetne prawdy”. Ci, którzy widzą rzeczywistość, widzą ją odmiennie od pozostałych, ponieważ wszyscy myślimy, że nasz zamęt i wszystkie nasze projekcje odnoszą się do rzeczywistości. Wierzymy, że są one prawdziwe. Nigdy na prawdę o tym nie pomyśleliśmy, ale tak to czujemy. „Hej, wiecie, jestem najważniejszy. Powinno być tak, jak ja chcę. Wszyscy powinni mnie kochać”, lub też odwrotnie: „Wszyscy powinni mnie nienawidzić, ponieważ jestem do niczego”. Mam na myśli to, że jest to ta sama rzecz, tylko druga strona medalu. No dobrze, to jest więc Prawdziwa Przyczyna.

Dalej, Trzecia Szlachetna Prawda jest… nazywam ją „prawdziwym zatrzymaniem”. Zwykle jest to tłumaczone jako „prawdziwe ustanie”, ale to wielkie słowo nie jest tu potrzebne, to po prostu oznacza zatrzymanie. Oznacza ono, że jest możliwe pozbycie się tego zamętu, prawdziwej przyczyny cierpienia, zatrzymanie go tak, że już się nigdy nie powtórzy, a jeśli pozbędziemy się tego zamętu, tej prawdziwej przyczyny, to pozbędziemy się prawdziwych problemów – tych wzlotów i spadków oraz niekontrolowanego odradzania się, będącego ich podstawą. Tak więc uzyskamy coś zwanego „wyzwoleniem”. Jeśli jesteśmy oswojeni z sanskryckimi wyrażeniami, to w sanskrycie tamto niekontrolowanie powtarzające się odradzanie to samsara, a wyzwolenie to nirwana.

W czasach Buddy również inne systemy indyjskie mówiły o wyzwoleniu z samsary. Ten temat występował powszechnie w Indiach. Ale Budda dostrzegł, że te inne systemy nie wchodziły wystarczająco głęboko w rozpoznanie prawdziwej przyczyny odradzania się. Tak więc mimo tego, że można było [w obrębie tych systemów] uzyskać wytchnienie od niekontrolowanie powtarzających się problemów – odrodzić się w pewnego rodzaju głębokiej krainie, w której – no wiecie – przez całe eony umysł jest po prostu pusty, to jednak, to się kiedyś skończy. Dlatego w tych innych systemach nie osiągało się rzeczywistego wyzwolenia.

Tak więc przechodzimy do prawdziwego zatrzymania. W tym miejscu bardzo ważną rzeczą jest zrozumieć i być przekonanym, że rzeczywiście można pozbyć się tego zamętu tak, że on się już nigdy nie powtórzy. W przeciwnym razie po co próbować się go pozbywać? W przeciwnym razie można równie dobrze po prostu się zamknąć, pogodzić się z całą tą sytuacją i starać się wyciągnąć z niej tyle, ile się da, co może być ostatecznym celem wielu terapii. „Naucz się z tym żyć, albo weź tabletkę”.

Tak więc żeby to rzeczywiście zrozumieć, musimy popatrzeć na Czwartą Szlachetną Prawdę. Tak więc a Czwarta Prawda pomaga nam zrozumieć Trzecią. Czwarta Szlachetna Prawda jest… zwykle przekłada się to określenie jako „prawdziwa ścieżka” – ale nie mówimy tu o czymś, po czym się idzie. To nie oznacza niczego takiego. To odnosi się do stanu umysłu, który, jeśli go rozwiniemy, staje się ścieżką wiodącą do wyzwolenia. Tak więc ja nazywam to „umysłem ścieżki” ale jest to bardzo trudne do przełożenia na większość innych języków. Sednem jest to, że nie oznacza żadnej drogi, to oznacza stan umysłu.

A my rzutujemy coś co jest absolutnym chłamem. Są rozmaite poziomy tego rzutowania. Projektujemy wszelkiego rodzaju śmieci, a skrajnym przypadkiem jest paranoiczna projekcja tego, że wszyscy są przeciwko nam, czyli schizofrenia. Może to być również mniej skrajne: „To jest najcudowniejszy tort czekoladowy, jaki kiedykolwiek widziałem. Jak go zjem, to mnie naprawdę uszczęśliwi. Tego właśnie pragnę”. Prawda? Doświadczyłem tego podczas lotu w tę stronę. Miałem postój we Wiedniu. Wiedeń – tu strudel z jabłkami, powinien być najlepszy na świecie. Zamówiłem kawałek strudla z jabłkami. Wcale nie był najlepszy na świecie. Tak więc projekcja, chłam – nie odnosi się do rzeczywistości. Strudel jabłkowy istnieje – nieprawdaż? Sam strudel nie był projekcją mojego umysłu, ale sposób, w jaki on istnieje, został wyprojektowany przez mój umysł, jako najcudowniejsza z rzeczy, która uczyni mnie prawdziwie szczęśliwym, jeśli ją zjem.

Tak więc podobnie ja istnieję, wy istniejecie. Buddyzm nie mówi, że nie istniejemy. Ale to, co sobie projektujemy, to pewien sposób istnienia, który absolutnie nie odnosi się do rzeczywistości. Zgoda? To, żeby wszystkie rzeczy istniały niezależnie i same z siebie – to jest niemożliwy sposób istnienia. Czyż tak nie jest? Rzeczy powstają z przyczyn i warunków. Zmieniają się przez cały czas, ale my tego nie dostrzegamy – widzimy tylko to, co mamy przed oczami. Tak więc: „Miał przyjść mój przyjaciel, ale nie przyszedł”, jak mi się to jawi? „Jesteś okropny, zawsze mnie zawodzisz, nie kochasz mnie już”. Wpadamy w złość. Myślimy, że życie tej osoby istnieje niezależnie od korka ulicznego, od niespodziewanego dodatkowego zlecenia w biurze, od… któż wie, co to było? Ale to coś powstało z przyczyn i warunków, tak więc jest niemożliwe, żeby ta osoba – sama z siebie, niezależnie od wszystkiego – była kimś okropnym. Jednak umysł tak to właśnie rzutuje. Czepiamy się tego i nie puszczamy. To budzi gniew, przeszkadzającą emocję, a następnie – kiedy widzimy tę osobę ponownie – destrukcyjne zachowanie. Krzyczymy na nią, nie dajemy jej nawet sposobności do wytłumaczenia się. Wrzeszczymy „Ooooch” i w ciągu całego tego zajścia czujemy się naprawdę żałośni i nieszczęśliwi, nieprawdaż?

Tak jest we wszystkich przykładach. Istnieję, lecz wygląda na to, że istnieję niezależnie od wszystkich innych i specjalnie itd. – to jest całkowita projekcja. To jest chłam. To nie odnosi się do niczego rzeczywistego. Ta nieobecność niczego rzeczywistego, do czego by się to odnosiło, ta nieobecność jest czymś, co w buddyzmie nazywamy pustką. Sanskryckie słowo jest tym samym co słowo zero, ono nie oznacza, że jest tu jakieś pudełko i jest puste, to jest głupie słowo. Ono oznacza „nic”, nie odnosi się do niczego rzeczywistego. Nie występuje tu nic rzeczywistego, zero, nic rzeczywistego, do czego to by się odnosiło. Wiemy, że możemy sobie również projektować to, że ta osoba, ten nasz partner, jest księciem bądź księżniczką na białym rumaku i jest absolutnie doskonały, jest doskonałą osobą z bajki. To jest niemożliwe. Nikt taki nie istnieje, ale my stale kogoś takiego szukamy. Prawda? Zawsze wyglądamy jakiegoś księcia czy księżniczki i rzutujemy to na kogoś, a jeśli ta osoba nie spełnia tych oczekiwań, to rozczarowujemy się i wtedy szukamy kogoś innego. Czyż nie jest tak? Tak więc to jest niemożliwy sposób istnienia. Do czego się on odnosi? Zero, nic, to jest pustka, nieobecność.

Tak więc prawdziwy umysł ścieżki, prawdziwego zrozumienia, jest zdaniem sobie sprawy, że to jest chłam. Nie ma niczego rzeczywistego, do czego by się to odnosiło. Jeśli teraz popatrzeć na prawdziwą przyczynę, to prawdziwą przyczyną cierpienia jest przekonanie o tym, że to odnosi się do czegoś rzeczywistego. Prawdziwą ścieżką jest to, że to nie odnosi się do niczego rzeczywistego. One się wzajemnie wykluczają. Powtórzę to. Zamętem jest myślenie, że to odnosi się do czegoś rzeczywistego. Właściwym zrozumieniem jest to, że nie ma żadnej takiej rzeczy. To nie odnosi się do niczego, w ogóle. Tak więc przedstawiając to w prostej strukturze logicznej – jest, albo nie ma, lub jeszcze dobitniej – albo jest, albo nie ma żadnej takiej rzeczy. One się wzajemnie wykluczają. Albo tak, albo nie – nie można mieć w tym samym czasie obu.

Dobrze, a więc teraz patrzymy, teraz analizujemy. Które z nich jest silniejsze: „tak”, czy „nie”? Jeśli przebadamy to przy pomocy logiki, to oczywiście „nie”. „Tak” nie ostaje się logice. Czy wszyscy przestają istnieć, kiedy zamykamy oczy? Nie, oczywiście, że nie. Czy to jest właściwe, żeby zawsze musiało być tak, jak my chcemy, że jesteśmy najważniejsi na świecie? Nie, przecież to niedorzeczne. Tak więc im dalej to badamy, łącznie z badaniem w sposób naukowy, czy jest jakieś małe „ja”, gdzieś w głowie, które mówi? Gdzie? Jeśli zaczynamy analizować mózg, to gdzie jest proces podejmowania decyzji? Co się dzieje? Nie można tam znaleźć niczego, co by było tym „ja”. Oczywiście funkcjonuję, robię różne rzeczy, mówię. Nie temu zaprzeczamy, ale zaprzeczamy czemuś będącemu całkowitą fantazją, jak coś z komiksu, że jest tu jakieś małe coś, siedzące w głowie, to „ja”, „ja”, „ja” i „Musi być, tak, jak ja chcę”. Tak więc ta strona, która mówi, że nie ma niczego takiego, jest wspierana przez rozum, przez badanie, natomiast strona mówiąca, że ten wewnętrzny zamęt odnosi się do czegoś rzeczywistego, nie jest wspierana przez nic.

Co więcej, jaki jest skutek myślenia, że istniejemy w taki niemożliwy sposób? Robimy z siebie ponurych nieszczęśliwców. Natomiast jaki jest skutek myślenia w ten drugi sposób, że nie ma niczego takiego? Uwalniamy się od wszystkich tych problemów. Na dodatek, kiedy skupiamy się na tym, że „nie ma niczego takiego, to jest chłam”, to nie możemy jednocześnie myśleć, że to coś odnosi się do jakiejś rzeczywistej rzeczy. Tak więc właściwe rozumienie może zastąpić tamto niewłaściwe rozumienie. Jeśli więc moglibyśmy pozostawać przez cały czas skupieni na tym właściwym rozumieniu, to wtedy tamten zamęt, tamto błędne pojmowanie nigdy by już ponownie nie powstało.

Następnie Budda zrobił użytek z nauk niebędących czymś wyłącznie buddyjskim. Również w innych systemach myślowych Indii odkrywamy, jak uzyskać doskonałą koncentrację, tego rodzaju rzeczy, poprzez różne metody, poprzez coś nazywanego „medytacją”, ażeby oswoić się z tym właściwym zrozumieniem. Wtedy możemy osiągnąć prawdziwe zatrzymanie prawdziwej przyczyny cierpienia, a zatem prawdziwe zatrzymanie cierpienia.

Zaś tym, co da umysłowi siłę do bycia zdolnym do trzymania się tego, zaś odcinania tamtych destrukcyjnych nawyków, jest motywacja. Motywacja daje nam siłę umysłu do zrobienia całej wymaganej pracy. To tutaj wkraczają miłość, współczucie i tego rodzaju sprawy. A ponieważ wszyscy jesteśmy wzajemnie połączeni, to oczywiście tak samo, jak my sami chcemy być szczęśliwi, tego samego chcą wszyscy inni. Jesteśmy wszyscy równi i wzajemnie ze sobą połączeni. I jeśli chcemy móc pomagać innym, to musimy pozbyć się tamtego zamętu. To jest więc podstawowe przedstawienie Czterech Szlachetnych Prawd. I jeśli rzeczywiście chcemy nieco głębiej zrozumieć to, o czym tu mówiliśmy, to musimy dowiedzieć się nieco więcej na temat karmy i odradzania się, ale to zrobimy jutro.

Tak więc jakie macie pytania? Tak.

Uczestniczka: [niezrozumiałe]

Alex: Niech powtórzę. Jeśli dobrze rozumiem, to pytasz o to: „Skoro nie możemy znać z pewnością skutków własnych działań dla innych osób, to czy działanie nie jest nieodpowiedzialne, ponieważ nie wiemy, co się wydarzy”? Ona mówi, że jeśli rozpatrujemy to pod kątem odpowiedzialności, to oznacza, że wiemy z góry, co się wydarzy, a więc bierzemy za to coś odpowiedzialność. I odwrotnie, jeśli nie wiemy, że to jest to nieodpowiedzialne, jak sprzedawanie broni każdemu, kto ma pieniądze, by ją kupić, gdyż nie wiemy, do czego ta osoba może użyć tej broni, a więc jest nieodpowiedzialnym sprzedawanie jej każdemu, kto może sobie na nią pozwolić? Hmm, sądzę, że musimy posłużyć się tu zdrowym rozsądkiem.

Mogę podać kontr przykład dla tego sprzedawania komuś broni. A co z płaceniem za edukację? Tak więc na przykład, mam na myśli to, że w wielu krajach – nie wiem jak to jest tu w Rumunii – w wielu krajach pójście na uniwersytet jest bardzo kosztowne, a więc powiedzmy, że kogoś zasponsorujemy, damy mu pieniądze na studiowanie na uniwersytecie. Nie wiemy, co ta osoba zrobi podczas tej edukacji uniwersyteckiej. Może użyć jej dla oszukania wszystkich i zrobienia czegoś destrukcyjnego, albo zrobić coś bardzo konstruktywnego. Nie wiemy. Sądzę więc, że użyjemy tu zdrowego rozsądku, wiedząc, że pomoc komuś w uzyskaniu wykształcenia prawdopodobnie będzie dla tej osoby korzystna.

Sprzedanie komuś broni, no nie wiem… może ten ktoś użyje jej w samoobronie przed atakiem jakichś barbarzyńców czy do czegoś podobnego, ale ryzyko jest tu o wiele większe i jest to bardziej niebezpieczne. Tak więc używamy tu zdrowego rozsądku i mamy dobre intencje. Lecz w kategoriach odpowiedzialności sądzę, że musimy prawdziwie unikać tego całego zespołu winy i dumy. Jesteśmy odpowiedzialni za własną motywację i za to, czy była w tym jakaś przeszkadzająca emocja – czy to była dobra motywacja, czy też negatywna motywacja. Za to jesteśmy odpowiedzialni i tego następstw doświadczymy, ale nie panujemy nad wszystkim. To jest niemożliwe, to, że moglibyśmy kontrolować to, co się wydarza, jest całkowicie niemożliwym sposobem istnienia. Możemy pomóc komuś, a ta osoba żałośnie wszystko zawali. Nie jesteśmy temu winni. Mieliśmy dobre intencje, pomogliśmy tej osobie. Ona zawiodła z rozmaitych powodów leżących po jej stronie, za sprawą innych okoliczności itd., a jeśliby jej się powiodło, to również byłoby to za sprawą wielu innych czynników, nie tylko przez nas. Wzięliśmy udział w pewnym mechanizmie przyczynowym. Dostarczyliśmy pewnego warunku itd. ale jest niemożliwe, żeby jedna rzecz, jedna przyczyna wytworzyła jakiś skutek. To jest niemożliwe. Skutki powstają z olbrzymiej ilości przyczyn i warunków, nie jedynie z jakiejś jednej przyczyny. Zgoda? I pomyślmy wyłącznie pod kątem powodzenia lub porażki. Oczywiście związane jest to z gospodarką, jest związane ze społeczeństwem, jest związane z milionem rzeczy, a nie tylko z tym, że pomogliśmy tej osobie pójść na uczelnię. Sądzę że jest to przykład na to, jak buddyjski sposób myślenia i analizowania pomógłby nam wydostać się z tego problemu i uniknąć poczucia winy, które jest bardzo, ale to bardzo nieszczęśliwym stanem umysłu. Tak?

Uczestnik: [pytanie niezrozumiałe]

Alex: Powtórzę to, żeby mogło się nagrać. On pyta, czy jeśli zrozumiemy, że ten sposób myślenia, że jesteśmy kimś szczególnym, że istniejemy niezależnie od wszystkich innych itp., nie odnosi się do niczego rzeczywistego, to czy to nie osłabi naszej zdolności do funkcjonowania zasadniczo jako jednostka i robienia rzeczy, które potrzebujemy robić? Hmm, drugą stroną myślenia „istnieję niezależnie” – pozbywamy się go przez zrozumienie, że nikt nie istnieje niezależnie – a więc drugą stroną myślenia „nie istnieję niezależnie” jest „istnieję zależnie”. Tak więc zrozumienie tego, o czym mówimy w buddyzmie, nie zaprzecza temu, że jest jakieś „ja”. Oczywiście jest „ja” i jest „ty”, ale rozumiemy to wtedy bardziej realistycznie.

Czym więc jest rzeczywistość? Mój dobrobyt jest całkowicie współzależny od dobrobytu każdego. Pomyślmy w kategoriach globalnego ocieplenia, zanieczyszczenia środowiska: to nie jest jedynie mój problem, czy wasz problem – to jest problem każdego człowieka. Tak więc na poziomie codziennym musimy zadbać o wystarczającą ilość jedzenia, nakarmienie swojej rodziny itp., ale w tym celu musimy polegać na wszystkich innych. Kto uprawia żywność? Kto buduje drogi? Kto organizuje sklepy? Wszystko to pochodzi z pracy innych ludzi. Zrozumienie tego czyni nas bardziej realistycznymi i w samej rzeczy zdolnymi do lepszego funkcjonowania, ponieważ bardziej zwracamy uwagę na wszystkich, a nie jesteśmy tylko zapatrzeni w siebie.

Uczestnik: Jest taka teoria, że jesteśmy wzajemnie połączeni poprzez jakiś sznur czy coś… [niezrozumiałe]

Alex: Dobrze więc, jest pewna teoria, która twierdzi, że jesteśmy połączeni ze wszystkimi, lecz połączeni pewnego rodzaju sznurem, którego nie możemy zobaczyć. Pytaniem więc jest: „Jak mamy pojąć to, w jaki sposób jesteśmy połączeni”?

Dobrze, można z pewnością patrzeć na wszechświat pod kątem jakiegoś ciągłego pola energii. Mówimy tu jedynie w kategoriach naukowych, fizycznych, nie ma tu żadnych dziur – no, są czarne dziury, ale nie wchodźmy w to. Tak więc, przede wszystkim, buddyzm nie mówi, że jesteśmy jednością, że jesteśmy częścią tej ogromnej zupy wszechświata. Zgoda? Gdyż wtedy bardzo trudno brać jakąkolwiek odpowiedzialność za własne jednostkowe działania. Zgoda? „Jesteśmy jednym, a więc mogę zrobić ci to, co zechcę, ponieważ jesteśmy jednością”.

Tak więc to, że dzielimy tego samego rodzaju pole energii, że bierzemy w nim udział, to jest jeden z poziomów patrzenia na to na poziomie fizycznym. Lecz buddyzm patrzy bardziej pod kątem związków przyczynowych, przyczyn i warunków. Posłużę się przykładem globalnego ocieplenia. Wiemy, że to, co ludzie na całym świecie zrobili uwalniając dwutlenek węgla i te wszystkie rzeczy do atmosfery, oczywiście oddziałuje na nas, zaś to, co my sami zrobimy w tej mierze, wpłynie na innych. Jednak nie musimy koniecznie ograniczać swojego rozumienia tego związku przyczynowego wyłącznie do podstawy fizycznej. Mam na myśli to, że staje się to niezwykle wyszukaną analizą przyczyn i skutków oraz sposobu, w jaki przyczyna i skutek są ze sobą powiązane i w jakim pozostają związku. Czy to jest jak jakiś kij pomiędzy dwiema kulami, a wiemy, że jedna kula jest przyczyną, zaś druga skutkiem? W buddyzmie odpowiedzielibyśmy na to: „nie”. Tak więc nasze połączenie z każdym, jakby to powiedzieć, nie jest rozumiane jedynie na poziomie fizycznym czy poziomie energii, lecz również na poziomie przyczynowym, ponieważ w końcu wszystko, czego teraz doświadczamy, jest skutkiem tego, co każdy zrobił kiedyś w przeszłości, sięgając wstecz do samego początku życia na tej planecie.

Uczestnik: [niezrozumiałe]

Alex: Dobrze, powtórzę więc. Wygląda na to, że są dwie części tego, o czym mówisz. Jedną jest to, że przeczytałeś tę książkę Budzenie Buddy wewnątrz, i że wydawała się ona wskazywać, iż medytacja buddyjska obejmuje dużą ilość introspekcji, spoglądania wewnątrz siebie, zaś nie tak bardzo gdzieś na zewnątrz.

Oczywiście dużą część praktyki buddyjskiej stanowi analizowanie wewnętrznego zamętu, analizowanie własnych zaburzonych emocji, skąd one pochodzą, gdzie tkwi ten własny zamęt. To oczywiście występuje, ale kiedy zrozumiemy siebie i zrozumiemy, w jaki sposób tworzymy własne problemy z powodu własnego wewnętrznego zamętu, to wtedy możemy zrozumieć, w jaki sposób inni ludzie tworzą swoje problemy również z powodu zamętu. Jeśli więc działają w jakiś szkodliwy sposób, jeśli złoszczą się na nas czy coś w tym rodzaju, to pozwala nam to przezwyciężyć skłonność do myślenia: „Och, to jest zły człowiek”. Rozumiemy, że są kimś doznającym zamętu – a więc przedmiotem współczucia.

Nie przeczytałem tej książki, lecz „Budda wewnątrz” zwykle odnosi się do czegoś, co nazywamy „Naturą Buddy”. Zaś Natura Buddy odnosi się do faktu, że wszyscy posiadamy w sobie te czynniki, jako część natury własnego umysłu, które umożliwią nam stanie się Buddą. To nie jest jedynie potencjał – potencjał do stania się Buddą jest jej częścią. To jest jej częścią, mamy ten potencjał. Mam na myśli coś takiego, że serce ma zdolność do kochania każdego w równym stopniu. Mamy ten potencjał, lecz również głębiej, odnosi się to do faktów. Jest faktem, że umysł nie jest w żaden wrodzony sposób splamiony zamętem.

Teraz, co do twojego drugiego pytania, które dotyczy Boga, to można by powiedzieć na ten temat wiele rzeczy. Występują rozmaici bogowie, greccy bogowie, hinduscy bogowie, jest zachodni Bóg itd., a czy buddyzm wierzy, że istnieją takie istoty? Tak. W porządku, ale buddyzm uważa, że istnieje wiele różnych form życia, nie tylko te, które możemy widzieć. No dobrze, ale z pewnością to nie jest twoje pytanie. Jeśli więc myślimy pod kątem Boga wyobrażonego w tak zwanych „religiach abrahamicznych” a więc w judaizmie, chrześcijaństwie i islamie, to wtedy to, co buddyzm obala, to aspekt bycia stwórcą. Jeśli chodzi o inne cechy Boga, to buddyzm w takiej czy innej formie je uznaje. Czy we wszechświecie występuje porządek? Tak. Czy we wszechświecie występuje miłość? Tak. Czy są w nim wyższe istoty, ze współczuciem troszczące się o dobrostan wszechświata? Tak, być może nie nazwalibyśmy ich „Bogiem”, ale są. Czy to przekracza słowa, przekracza koncepcje, przekracza nazwy? Tak. Lecz wziąć wszystkie te cechy i dodać do nich, że jest to stwórca istniejący niezależnie od własnych stworzeń? Logicznie nie ma to żadnego sensu.

Buddyzm bardziej kieruje się w stronę nie istnienia żadnego początku, braku jakiegoś początku. Tak? Wielki Wybuch, to był zaledwie jeden wszechświat – ten, w którym akurat my żyjemy – ale jest wiele innych wielkich wybuchów i nie ma tu absolutnie żadnego początku. Zgoda? Innymi słowy, jeśli wszystko działa zgodnie z przyczyną i skutkiem, to jak moglibyśmy mieć coś przed tym? Jak mogłoby się to zacząć z niczego? Nie mogłoby zacząć się z niczego. Chodzi mi o to, że jeśli wchodzimy w związek przyczynowo-skutkowy, to nie jesteśmy od niego niezależni. Natomiast tzw. inteligentny plan, czyli innymi słowy, to, że we wszechświecie występuje porządek, jest dowodem, że ktoś go musiał zaplanować – dlaczego? Nie ma w tym żadnej logicznej konieczności, żeby – z samego tylko powodu występowania porządku we wszechświecie – ktoś go musiał obmyśleć. Występuje we wszechświecie porządek, ponieważ wszystko funkcjonuje, wszystko działa. Gdyby nie funkcjonowało i nie działało, to nie byłoby we wszechświecie porządku. Dlaczegóż więc potrzebowalibyśmy czegoś zewnętrznego, co by zaplanowało to i zadecydowało, czym to wszystko będzie? Buddyzm zasadniczo mówi więc, że ta szczególna cecha, to bycie stworzycielem, nie istnieje. A czy chcemy użyć słowa „Bóg”, czy chcemy użyć go do tych wszystkich pozostałych cech, to jest bez znaczenia.

Uczestnik: [niezrozumiałe]

Alex: Podsumujmy więc to, co powiedziałeś, żeby to mogło się nagrać. Powiedziałeś, że doświadczasz kryzysu, wielu zmartwień, że ludzie dookoła martwią się. Sam zmagasz się z tymi zmartwieniami, a sposobem, w jaki to robisz, jest zasadniczo wyciszanie się w medytacji, a kiedy się wyciszysz, to powracasz i masz ponownie naładowaną energię. Pytasz: „Co ja o tym myślę”?

Jest wiele, wiele metod używanych w buddyzmie. To, co wydajesz się opisywać, jest pewnym tymczasowym sposobem poradzenia sobie z tym, czymś doraźnym, co pomaga się uspokoić i wtedy ma się więcej energii, żeby do wszystkiego wrócić, ale to nie usuwa problemu. Istnieją buddyjskie praktyki, w ramach których wyobrażamy sobie, że bierzemy na siebie cierpienie i problemy innych, a oddajemy im miłość. Zwykle słyszymy o tym pod tybetańską nazwą tonglen. Jest to bardzo, ale to bardzo zaawansowana praktyka. Można odgrywać wykonywanie jej, lecz brać to prawdziwie jest czymś innym – rzeczywistym braniem na siebie i doświadczaniem cudzego cierpienia.

Teraz, jeśli problemem innych ludzi jest to, że są głupi, a my bierzemy na siebie głupotę wszystkich, czy to oznacza, że wtedy siedzimy jak całkowity imbecyl? Że teraz to my jesteśmy głupi? Nie. To, co robimy, to… ponieważ nie możemy na prawdę zabrać ludziom ich problemów. Mam na myśli to, że gdyby to było możliwe, to Budda zrobiłby tak, że nikt już nie mógłby mieć więcej żadnych problemów czy cierpienia. To, co rozwijamy, to odwagę zajmowania się problemami wszystkich tak, jakby to były nasze własne problemy. Bierzemy więc problem na siebie – użyjmy przykładu „dowolnego rzeczywiście uniwersalnego problemu”. Nikt nie ma żadnego szczególnego problemu, który byłby w całości problemem jakiejś jednej osoby, mam na myśli okoliczności… to będzie coś takiego, że jeśli ktoś ma problem ze związkami, wszyscy mają problemy w związkach. Mają problemy z własnymi dziećmi. Mają problemy z pracą – wszyscy je mają. Szczegóły nie mają tu znaczenia – problemy ekonomiczne – wszyscy jedziemy na jednym wózku. No dobrze, a więc bierzemy na siebie dany problem. To znaczy, że zamierzamy wziąć się za ten problem.

No dobrze, mówisz więc, że przykładem jest kryzys gospodarczy, jakiego doświadcza obecnie świat. Hmm, nawet gdybyś miał wszystkie pieniądze, no wiesz – każdego z rządów na całym świecie – to nie można go rozwiązać jedynie na poziomie fizycznym, ot tak. Tak więc próbujemy rozwiązać dany problem pod kątem kilku rzeczy. Mamy poziom umysłowy, poziom emocjonalny, a więc jednym z poziomów jest, jak radzić sobie z emocjonalnym bólem z powodu utraty swojej pracy i z widmem kłopotów ekonomicznych. To jest jeden z poziomów – poradzenie sobie z: „Straciłem pracę i jak sobie teraz poradzę z wyżywieniem swoich dzieci”, zaś innym poziomem jest: „Jaki stan umysłu w pierwszym rzędzie spowodował ten problem, jak chciwość itd.”?

Tak więc bierzemy ten problem na siebie. Pozwalamy mu – w pewnym sensie – się rozpuścić, rozpuścić w tym znaczeniu, że to nie jest ta przerażająca, monstrualna, solidna rzecz. Prawda? A więc rozkładamy to. I z jednej strony widzimy, jak on powstał, dlaczego powstał oraz myślimy w kategoriach braku chciwości itd. i wyobrażamy sobie, że to rozchodzi się w kierunku każdego. W uproszczeniu, ten problem wywołała chciwość, a więc dekonstruujemy ten problem. „Och, to jest takie straszne” i to po prostu nas zjada, i nie możemy sobie z tym poradzić. Tak więc możemy wtedy dostrzec, że on powstał z chciwości, że z tego właśnie powstał, a więc rozwiązaniem dla zapobieżenia takim rzeczom na przyszłość jest to, żeby ludzie zważali na środowisko, żeby nie kupowali ponad miarę swoich środków, żeby nie byli chciwi posiadania więcej, więcej, więcej, żeby zdobywać więcej pieniędzy.

W wyobrażeniach czynimy z tego problemu jakąś solidną, trwałą rzecz, ten straszny problem. To nas tylko przygnębia. A nic nie istnieje w taki sposób. Ten problem powstał z przyczyn i warunków, jeśli więc zmienimy te warunki, to on się zmieni. A potem radzimy sobie z oczekiwaniami ludzi, niższym standardem życia, itp. Jak byśmy sobie rzeczywiście z tym poradzili? Ludzie łączą się swoimi zasobami. Mam na myśli to, ze myślimy pod kątem tego, co byłoby dla ludzi najlepszym emocjonalnym sposobem poradzenia sobie z tym. Coś w tym rodzaju.

Tak czy inaczej, robi się już późno, więc zakończmy na tym, zaś sposobem, w jaki zakończymy, będzie coś zwanego „dedykacją”. Myślimy, oby wszelkie zrozumienie, wszelka pozytywna energia zrodzona z tego, wnikała coraz to głębiej i działała, jako przyczyna osiągnięcia… obyśmy wszyscy osiągnęli stan Buddy, żeby nieść najlepszą pomoc wszystkim.