Archiwa Berzina

Buddyjskie archiwa dr. Alexandra Berzina

Wyświetl w trybie przyjaznym dla niewidomych. Skocz do nawigacji

Strona główna > Spotkanie z buddyzmem > Wstęp do buddyzmu > Często spotykane nieporozumienia dotyczące buddyzmu

Często spotykane nieporozumienia dotyczące buddyzmu

Alexander Berzin
Berlin, Niemcy, listopad 2010
przekład na język polski: Zbigniew Becker

Dziś jest dziewiętnasty grudnia 2010 roku. Poproszono mnie o odniesienie się do niektórych częstych nieporozumień związanych z buddyzmem. Jest ich wiele rodzajów i jest tak z wielu rozmaitych powodów.

Istnieją nieporozumienia uwarunkowane kulturowo, czy to w naszej kulturze zachodniej, czy w kulturach azjatyckich bądź innych ulegających wpływowi naszego współczesnego zachodniego sposobu myślenia. Istnieją błędne wyobrażenia mogące pochodzić z innych obszarów kulturowych, jak na przykład z tradycyjnego chińskiego sposobu myślenia itd. Mogą występować nieporozumienia powstające bardziej ogólnie z powodu ludzkich przeszkadzających emocji. Mogą pojawiać się nieporozumienia biorące się po prostu z tego faktu, że ta materia jest trudna. Nieporozumienia mogą powstawać kiedy nauczyciele nie wyjaśniają rzeczy przejrzyście, bądź pozostawiają jakieś rzeczy w ogóle nie wyjaśnione, a my rzutujemy na nie własne ich pojmowanie. Może być również tak, że sami nauczyciele błędnie pojmują nauki. To się czasem zdarza. Nie wszyscy nauczyciele są w pełni wykształceni, wielu jest wysyłanych czy proszonych o nauczanie zanim jeszcze się wykształcili. Ponadto, jeśli nawet nauczyciele wyjaśniają nauki w przejrzysty sposób, to my możemy nie słyszeć tego właściwie. Wiele osób nie słucha właściwie i nie zapisuje w sobie nauk poprawnie pod względem tego, co nauczyciel rzeczywiście powiedział. Albo notują niedbale i nie zapamiętują właściwie itp.

Jest więc wiele, wiele powodów nieporozumień. Dziś zacząłem spisywać niektóre z nich i doszedłem do trzydziestu. Przychodziły mi one na myśl kiedy po prostu siedziałem przy komputerze, aż się zatrzymałem. Sądzę, że z powodu tych wszystkich przyczyn pojawiania się nieporozumień możemy odkryć w sobie wiele błędów i zamętu. A jak mówię, nie wszystkie z nich ograniczają się do nas, ludzi Zachodu, wiele z tych nieporozumień znajdujemy również u Tybetańczyków i innych Azjatów.

Postanowiłem więc ograniczyć to, o czym wspominałem, do jedynie kilku ogólnych zagadnień i raczej nie przechodzić przez wszystkie bez końca, choć faktycznie może nie będziemy nawet w stanie dotknąć wszystkiego, co tutaj sobie wynotowałem. Chciałbym się skupić na etyce, zagadnieniu guru, zagadnieniu praktykowania i zagadnieniu tantry. A więc jest ich tylko kilka. Oczywiście pominąłem pustkę i wszystkie te inne zagadnienia, które łatwo możemy opacznie pojmować.

Zacznijmy więc. Ponieważ jest tu sporo punktów do poruszenia, nie będę wchodził w żaden z nich bardzo szczegółowo, lecz tylko wymienię je do dalszego rozważenia przez was. A są to rzeczy, które możemy dalej starać się przemyśleć.

Nieporozumienia dotyczące etyki i składania ślubów

Sądzę, że na płaszczyźnie etyki – tak jak w wielu innych przypadkach – nieporozumienia mogą często powstawać z powodu sposobu przedkładania niektórych określeń. Często rzutujemy na buddyjskie nauki koncepcje nie-buddyjskie. Możemy, np. używać określeń biblijnych – określeń niosących konotacje z naszej tradycji biblijnej, takich jak słowa prawy, nieprawy, zasługa, grzech – tego rodzaju słów, które narzucają na buddyjskie nauki o etyce całą ideę osądu moralnego i winy, żę niektóre rzeczy są prawe, to znaczy dobre i właściwe, a my jesteśmy dobrymi ludźmi, jeśli je robimy. I gromadzimy zasługę niczym jakąś nagrodę. Zaś jeśli działamy w sposób nieprawy, daleki od świętego postępowania, to jesteśmy źli i gromadzimy grzechy, za które musimy odcierpieć. To jest wyraźna projekcja etyki biblijnej na etykę buddyjską, gdyż w buddyzmie etyka opiera się zasadniczo na rozwijaniu świadomej przytomności rozróżniającej pomiędzy tym co konstruktywne a tym co destruktywne, pomiędzy tym co pożyteczne a tym co szkodliwe.

Następne jest nieporozumienie odnoszące się do składanych ślubów jako praw. Jest to przekonanie, że etyka buddyjska jest oparta na posłuszeństwie i przestrzeganiu praw, a nie na rozróżniającej świadomej przytomności. Zależy to też od kultury z której przychodzimy, w niektórych kulturach ludzie biorą prawa bardzo na poważnie i stają się bardzo mało elastyczni, nie chcemy złamać żadnego prawa: „Jest właśnie tak, i nie ma żadnej dyskusji na ten temat”. Zaś Tybetańczycy podchodzą do wskazań etycznych w sposób bardziej luźny. Nie znaczy to, że są w tym niedbali, lecz że w określonych sytuacjach przy stosowaniu danych wskazówek trzeba użyć własnej rozróżniającej świadomości. Staramy się tu odróżnić, czy działamy pod wpływem jakiejś przeszkadzającej emocji, czy też jest jakiś konstruktywny powód dla tego, jak się zachowujemy.

Inną skrajnością jest podchodzenie do składanych ślubów – mówię tu wyraźnie o ślubach – jak prawnicy. Szukamy wtedy jakichś luk w przedstawieniu karmy, aby znaleźć usprawiedliwienie dla jakiegoś destrukcyjnego działania czy obchodzenia i rozwadniania danego ślubu. Podam przykład szukania wspomnianych luk przy takim legalistycznym podejściu. Przykładowo, złożyliśmy ślub unikania niewłaściwych zachowań seksualnych, a potem utrzymujemy, że seks oralny jest w porządku, gdyż stanowi to wyraz miłości. Usprawiedliwiamy siebie w ten sposób, ponieważ akurat lubimy tę formę zachowania seksualnego. Albo po złożeniu ślubu nie przyjmowania alkoholu twierdzimy, że nie ma niczego złego w napiciu się wina do posiłku z rodzicami, aby ich nie obrazić, lub też w wypiciu od czasu do czasu, jeśli się nie upijamy. Tworzymy więc tego rodzaju usprawiedliwienia próbując jakoś ominąć dany ślub. A tu chodzi o to, że jeśli składamy jakiś ślub, to składamy cały ślub. Nie składamy tylko części danego ślubu. Ślub określa się właśnie w taki sposób. Jeśli nie potrafimy dotrzymać wszystkich szczegółów ślubu, czy jakiegoś szczególnego ślubu, tak, jak to jest wyszczególnione w tekście, to nie podejmujmy danego ślubu. Nie ma żadnego obowiązku skladania ślubów.

Istnieje alternatywa. Przy omawianiu ślubów w abhidharmie podaje się ich trzy kategorie: Istnieje ślub, w którym zasadniczo ślubujemy powstrzymywać się od wszystkich destrukcyjnych rzeczy. Następnie jest coś bardzo trudnego do przełożenia – dosłownie jest to anty-ślub. Przykładowo, jest to ślubowanie nie powstrzymywania się od zabijania – kiedy wstępujemy do wojska, to będziemy strzelać do wrogów – czy coś w tym rodzaju. Następnie istnieje coś pomiędzy tymi dwiema kategoriami. I to właśnie tej pośredniej kategorii moglibyśmy tu użyć. Innymi słowy, moglibyśmy powstrzymywać się od części tego, co jest wyszczególnione w danym ślubie – jak na przykład nie wchodzenia w stosunki seksualne z kimś mającym partnera; albo nie dopuszczanie się przemocy w życiu seksualnym, wyrzeknięcie się gwałtu czy przymuszania kogoś do seksu, coś w tym rodzaju – jeśli są jakieś części danego ślubu, o których sądzimy, że nie możemy ich prawdziwie dotrzymać. Złożenie takiej obietnicy nie jest faktycznie tym ślubem, jaki jest wyszczególniony w tekście. Lecz jest to o wiele bardziej pozytywne, rozbudowujące moralną pozytywną siłę – wolę określenie pozytywna siła od zasługa oraz negatywna siła od grzech – tak więc rozbudowuje to większą pozytywną siłę w naszym kontinuum mentalnym, niż samo powstrzymywanie się od danego rodzaju zachowania. Nie podważa to danego ślubu, a mimo to staje się bardzo silną postacią etyki stosowanej.

Inną pomyłką dotyczącą etyki jest uznawanie buddyjskiej etyki za humanistyczną. „Humanistyczna” oznacza, że jedynie unikamy robienia rzeczy, które skrzywdziłyby innych. Tak długo, jak coś nie krzywdzi nikogo innego, jest w porządku. Chcemy unikać krzywdzenia innych. To jest humanistyczna etyka, przynajmniej w moim rozumieniu. I chociaż jest to coś bardzo miłego i bardzo dobrego, to nie jest to podstawa etyki buddyjskiej. Podstawą etyki buddyjskiej jest nacisk na unikanie tego, co jest destrukcyjne dla nas samych, gdyż nie wiemy, co skrzywdzi innych. Moglibyśmy dać komuś milion euro sądząc, że przyniesiemy tej osobie korzyść. Ale następnego dnia z powodu posiadania tych pieniędzy ona zostaje obrabowana i zamordowana. Nie wiemy więc, co przyniesie innym korzyść. Nie możemy widzieć przyszłości. W naukach buddyjskich wyszczególnia się, że jeśli działamy destrukcyjnie, w oparciu o przeszkadzające emocje – gniew, chciwość, żądzę, zazdrość, naiwność, tego rodzaju rzeczy – jest to destrukcyjne dla nas, bowiem rozbudowuje negatywny nawyk powtarzania tego działania i spowoduje, że sami doświadczymy cierpienia. To jest podstawa etyki buddyjskiej.

Nieporozumienia co do odradzania się

A ta idea, że etyka buddyjska jest humanistyczna – po prostu nie krzywdźmy innych – często wydaje się pochodzić z przedwczesnego kładzenia nacisku na praktykę mahajany, sądząc, że możemy pominąć wstępne i pośrednie etapy lam-rim. Etapy rozpoczynające, etapy wstępne – unikamy gorszego odrodzenia się. A my nawet nie wierzymy w odradzanie się. Poziom pośredni – w ogóle unikamy odradzania się i samsary. Ponieważ nadal nie wierzymy w odradzanie się, nic z tego nie uderza nas jako ważne i mówimy sobie „przeskoczmy to”. Ciągnie zaś nas do nauk mahajany, ponieważ w wielu aspektach brzmią one bardzo podobnie do niektórych z naszych zachodnich tradycji miłości i cierpliwości, współczucia i szczodrości, dobroczynności itd. Brzmią one jako coś bardzo przyjemnego, więc przyciągają nas i przeskakujemy lub pomniejszamy wagę wstępnych zakresów – kiedy to pracujemy nad przezwyciężeniem przeszkadzających emocji, destrukcyjnych zachowań itp., ponieważ jest to destrukcyjne dla nas samych – a zabieramy się jedynie za pomaganie innym. Tak więc jest to błąd. Chociaż kładzenie nacisku na mahajanę jest ważne, musi to być oparte o podstawę wstępnego i pośredniego zakresu ścieżki.

Ważnym powodem skłonności wielu z nas do przeskakiwania wstępnego zakresu nauk jest przekonanie, że nie ma odradzania się. A przecież w końcu nacisk kładzie się tu na uniknięcie gorszego odradzania się, zatem przyjmujemy schronienia (wnosimy pewien pozytywny kierunek do swojego życia) i przestrzegamy praw karmy, aby unikać destrukcyjnego zachowania, gdyż przyniesie nam to gorsze odrodzenie. Tak więc przechodzimy nad tym bądź pomniejszamy znaczenie tego, gdyż nie wierzymy w odradzanie się. A już z pewnością nie wierzymy w krainy piekielne i krainy czepiających się duchów (głodnych duchów), a także bogów i anty-bogów. Sądzimy, że one nie istnieją na prawdę a opisy w tekstach Dharmy odnoszą się jedynie do psychologicznych stanów istot ludzkich. To jest prawdziwie niesprawiedliwe wobec nauk i stanowi wielkie nieporozumienie.

Nie chcę się tu wdawać w żadne szczegóły, ale jeśli myślimy o jakimś umyśle, o kontinuum mentalnym, o jakimś kontinuum mentalnym, czy to własnym czy kogoś innego, może ono doświadczać o wiele dalej na tym spektrum – faktycznie całego spektrum – szczęśliwości i nieszczęśliwości, przyjemności i bólu, a nie jedynie tej ograniczonej części spektrum, którą określają parametry naszego ciała i umysłu jako istoty ludzkiej. Zwierzęta widzą dalej od nas. Niektóre z nich mogą lepiej słyszeć itd. Dlaczegóż więc granice zakresu tego, czego możemy doświadczyć w kategoriach szczęśliwości, nieszczęśliwości, przyjemności i bólu, nie mogłyby być szersze, mając stosowną formę fizyczną jako swoją podstawę?

Przy omawianiu karmy podaje się, że [w życiu ludzkim] mogą występować jakieś skutki, jakieś pozostałości z poprzednich wcieleń w tamtych innych światach, a więc stwierdzamy rzeczy podobne do nich; nie oznacza to jednak, że możemy sprowadzać omówienie tych innych postaci życia możliwych dla nas i dla innych, zaledwie do ludzkich stanów psychologicznych. Ponieważ nie uznajemy odradzania się i tych innych stanów istnienia, błędnie pojmujemy karmę jako opisującą jedynie takie następstwa własnych działań, które wydarzą się w tym życiu. Powoduje to wiele problemów, ponieważ istnieją wielcy zbrodniarze, którym wszystko wydaje się uchodzić na sucho – nigdy nie zostają złapani – zaś my możemy doświadczać wszelkiego rodzaju strasznych rzeczy w życiu, a nigdy nie uczyniliśmy niczego wybitnie destrukcyjnego. Karma wydaje się nie mieć żadnego sensu, jeśli ograniczamy omówienie czy pogląd jedynie do obecnego życia.

Nieporozumienia co do Dharmy

Wszystko to podkreśla znaczenie o wiele większego problemu, o wiele większego nieporozumienia co do Dharmy, a mianowicie, że w ramach Dharmy – w ramach buddyzmu – możemy sobie wybierać to, co się nam podoba, a odrzucać czy pomijać wszystko to, co jest nam trudno przyjąć – jest to tzw. “złagodzony” buddyzm. Łagodzimy go, czy oczyszczamy, z wszystkich tych rzeczy, które są trudne.

A potem co do tych opowieści o karmie ze słoniami schodzącymi pod ziemię i wydalającymi złoto i wszystkie podobne rzeczy – „No dajmy spokój! To są bajki dla dzieci!” Nie dostrzegamy tu żadnej lekcji. Nie jest istotne, czy przyjmujemy je dosłownie, czy nie (jak niektórzy Tybetańczycy). Sednem jest nie odrzucanie ich – to jest część nauk. Albo ta idea w sutrach mahajany, że buddowie nauczają miliony istot i że towarzyszą im setki milionów buddów, i że w każdym porze skóry buddy znajduje się kolejnych sto milionów itd. I że czujemy się tym skrępowani i mówimy: “To jest zbyt dziwaczne” – nie uznając tego.

Chodzi o wybieranie sobie tych części, które się nam podobają. Przyjmowane są określone śluby tantryczne i śluby bodhisattwy zapobiegające temu, byśmy przyjmowali jedynie część nauk a pomijali resztę, brali jedynie to, co chcemy. Jeśli mamy uznać buddyzm za swoją ścieżkę duchową, to musimy być przynajmniej na tyle otwarci, by powiedzieć: „Nie rozumiem tych nauk”, nawet jeśli brzmią dla nas bardzo dziwnie, oraz: „Powstrzymam się od osądu na ten temat do czasu uzyskania lepszego zrozumienia, lepszego wyjaśnienia, głębszego wyjaśnienia”. A nie zamykać umysł i odrzucać je.

Innym nieporozumieniem jest to, że nawet uznając odradzanie się sądzimy, że łatwo uzyskamy ponowne cenne ludzkie odrodzenie. Często myślimy sobie, że: „No tak, wierzę w odradzanie się. Oczywiście będę człowiekiem, i oczywiście będę mieć wszystkie sposobności do kontynuowania praktyki” itd. Jest to bardzo naiwne, bardzo, bardzo naiwne. Zwłaszcza kiedy pomyślimy o rozmiarach swoich destrukcyjnych zachowań, ilości czasu pozostawania pod wpływem przeszkadzających emocji – gniewu, chciwości, egoizmu, itp. – w porównaniu z ilością czasu, kiedy działaliśmy pod wpływem czystej miłości i współczucia, to staje się dla nas bardzo czytelne, że ponowne uzyskanie drogocennego ludzkiego odrodzenia będzie bardzo trudne.

A innym błędnym przekonaniem, które tu się pojawia, jest nieporozumienie polegające na tym, że z powodu przywiązania do przyjaciół i rodziny staramy się uzyskać ponowne cenne odrodzenie, byśmy mogli dalej z nimi być. Albo choćby myślenie, że kiedy osiągniemy ponownie cenne ludzkie odrodzenie, to oczywiście znowu spotkamy wszystkich przyjaciół i krewnych. To również jest nieporozumienie. Istnieją liczne, niezliczone formy życia, czujących istot i wszyscy odrodzimy się w różnych okolicznościach. Tak więc absolutnie nie ma tu żadnej gwarancji – faktycznie jest o wiele bardziej prawdopodobne, że upłynie bardzo długi czas, zanim ponownie spotkamy się z kimś z tego życia. Może tak być. To nie jest niemożliwe. Ale nieporozumieniem jest sądzić, że jest to łatwe czy zagwarantowane.

Nieporozumienia co do karmy

Inną rzeczą co do karmy i odradzania się – nawet kiedy uznajemy, iż cierpienie w tym życiu jest dojrzewaniem negatywnych potencjałów karmicznych zbudowanych w poprzednich wcieleniach – jest sądzenie: “Skoro cierpię, skoro coś złego mi się przydarza, to zasługuję na to”. Albo że jeśli nam się coś przydarzyło, to zasłużyliśmy na to. Nieporozumienie polega na tym, że implikuje to istnienie jakiegoś trwale istniejącego “mnie”, który złamał prawo, jest winny i zły, a teraz otrzymuje karę na którą zasługuje.

Obwiniamy wtedy „mnie” – tego trwałego i solidnego „mnie”, który jest bardzo zły i właśnie jest poddawany karze – gdyż nadmiernie upraszczamy prawa karmy, przyczyny i skutki zachowań. Nie widzimy, że istnieje wiele czynników wiążących się z doświadczaniem dojrzewania karmy, takich jak wszystkie okoliczności, w których dojrzewają rozmaite skutki karmiczne. Istnieją ich przyczyny. Błędem, nieporozumieniem jest myślenie, że jesteśmy przyczyną dojrzewania karmy innych osób. To, czego doświadczamy powstaje w zależności od wszystkich tych czynników, nie tylko nas samych.

Podam przykład. Potrąca nas samochód. Nie jest tak z tego powodu, że w jakimś poprzednim życiu zrobiliśmy coś, co było przyczyną potrącenia nas przez daną osobę. Myślimy sobie: „No, ja sam jestem odpowiedzialny za to, że ona mnie potrąciła”. Nie. My jesteśmy odpowiedzialni za doświadczenie bycia potrąconym. Karma tamtej osoby jest odpowiedzialna za to, że nas potrąciła samochodem. Tak więc to, co się nam przydarza stanowi skutek współoddziaływania wielu, wielu czynników karmicznych, przeszkadzających emocji, oraz czynników ogólnych – takich jak pogoda: padało, droga była śliska itd., itp. – które łącznie spotykają się, by sprowadzić dojrzenie – lub, powiedzmy, nie dojrzenie, lecz pojawienie się sytuacji, w której cierpimy czy mamy kłopoty.

Takie są więc nieporozumienia mogące pojawiać się w zakresie etyki, karmy, itd. Jestem pewien, że jest ich o wiele, wiele więcej. Podałem tylko te, które nasunęły mi się podczas myślenia o tym dzisiaj.

Nieporozumienia co do guru

Jeśli chodzi o guru to sądzę, że jest to duży obszar nieporozumień, nie tylko pośród ludzi z Zachodu. Po pierwsze, z powodu nacisku kładzionego na znaczenie guru, nie rozumiemy, że guru musi być przygotowany – musi być wykwalifikowanym guru – i istnieją spisy tych kwalifikacji. A jeśli nawet dany guru jest odpowiednio przygotowany, to osoba ta powinna nas inspirować, ponieważ jednym z głównych powodów wagi nauczyciela duchowego jest to, że nauczyciel zapewnia nam inspirację, energię do praktykowania, model, który chcemy naśladować. Informację możemy uzyskać z książek, z internetu, itd. Oczywiście guru powinien odpowiadać na nasze pytania. Powinien być w stanie poprawiać nas tam, gdzie popełniamy błędy w praktyce medytacyjnej. Lecz jeśli nas nie inspiruje, to nie zajdziemy zbyt daleko.

Z powodu tego niezrozumienia – że guru powinien być rzeczywiście przygotowany i rzeczywiście nas inspirować – pospiesznie uznajemy kogoś za guru, nie sprawdziwszy wcześniej jego albo jej w pełni, lub też należycie, z powodu nacisku kładzionego na to, że: “Musimy mieć jakiegoś guru, musimy mieć jakiegoś guru”. I ryzykujemy rozczarowanie później, kiedy obiektywnie dostrzegamy, że on czy ona posiada wady. Nie zbadaliśmy tego należycie. To stanowi duży problem, gdyż powstało wiele skandali w związku z nauczycielami duchowymi, którzy słusznie bądź niesłusznie zostali oskarżeni o nieodpowiednie postępowanie. A czasami byli oskarżani słusznie, gdyż nie byli rzeczywiście wykwalifikowani. My zaś z uwagi na nacisk kładziony na posiadanie guru mogliśmy czuć się pod presją uznania danej osoby jako swojego guru. A potem widzimy te różne wydarzenia i jesteśmy po prostu zdruzgotani.

Jako rzecz pomocnicza do tego, uważam, że istnieje nieporozumienie, że wszyscy Tybetańczycy – czy w bardziej ograniczonym zakresie – wszyscy mnisi i mniszki, albo nawet w jeszcze bardziej ograniczonym zakresie – wszyscy rinpocze, gesze i kenpo – są doskonałymi przykładami praktyki buddyjskiej. Jest to bardzo powszechne nieporozumienie. Myślimy sobie: “Och, oni muszą być doskonałymi buddystami, to są Tybetańczycy” albo “Doskonali buddyści, noszą szaty”. “Doskonali buddyści : posiadają tytuł rinpocze. Muszą być oświeconymi istotami”. To jest bardzo naiwne myślenie. Oni są zwyczajnymi ludźmi.

Proporcja praktykujących buddystów może być wyższa wśród Tybetańczyków niż w większości innych społeczeństw, określone buddyjskie wartości stanowią część ich kultury, ale to w żadnym razie nie oznacza, że oni wszyscy są doskonali. I kiedy któryś z nich zostaje mnichem czy mniszką może tak być z różnych powodów. U Tybetańczyków zdarza się, że rodzina umieszcza dziecko w klasztorze, gdyż nie jest w stanie go wyżywić, a tam dostanie jedzenie i wykształcenie. Może tak też być z powodu związanego bardziej z osobistą motywacją – mamy problemy i dla ich przezwyciężenia potrzebujemy dyscypliny życia klasztornego.

Jak powiedział jeden z moich przyjaciół rinpocze: “Noszenie tych szat jest oznaką tego, że prawdziwie potrzebuję dyscypliny, gdyż jestem bardzo niezdyscyplinowaną osobą i mam wiele przeszkadzających emocji oraz naprawdę podejmuję pełen wysiłek w kierunku ich przezwyciężenia”. Te szaty nie oznaczają, że on już je przezwyciężył. A więc nie powinniśmy myśleć naiwnie, że oni wszyscy są oświeceni, zwłaszcza ci z tytułami rinpocze itd. Jak zawsze mawia Jego Świątobliwość Dalajlama: Poleganie wyłącznie na wspaniałym imieniu poprzednika danej osoby jest naprawdę dużym błędem. [Podkreśla to], że ci rinpocze muszą w obecnym życiu zademonstrować i dowieść swoich kwalifikacji i nie powinno się polegać jedynie na reputacji ich imienia.

Z drugiej strony nieporozumieniem jest nie szanowanie i nie wspieranie mnichów oraz mniszek, lecz robienie sobie z nich służących dla osób świeckich w ośrodkach Dharmy. Często jest tak, że jest jakiś ośrodek Dharmy i mają tam rezydującego mnicha czy mniszkę, którzy muszą dbać o dom, sprzątać i przygotowywać wszystko do nauk orazi zbierać opłaty. A jeśli ten ośrodek posiada możliwość pobytu, to muszą jeszcze zajmować się pościelą i tego rodzaju rzeczami. I nie mogą nawet brać udziału w naukach. A ludzie świeccy myślą, że to są nasi służący. A jest dokładnie odwrotnie. Jako mnisi czy mniszki zasługują oni na szacunek, bez względu na swój poziom etyczny. I jest to część nauk – szacunek dla szat mnisich. Nie oznacza to, że powinniśmy uważać ich za doskonałych i być naiwni w tej mierze. Lecz należy okazywać im określony szacunek.

Występuje też wielkie nieporozumienie co do oddania wobec guru, tego rzekomego wyrażenia. Sądzę, że zostało ono przełożone w niezbyt pomocny sposób, gdyż wydaje się ono implikować niemal ślepą cześć wobec guru, rodzaj kultu. To jest jakieś wielkie nieporozumienie. To wyrażenie użyte w zakresie związku z nauczycielem duchowym oznacza poleganie na wykwalifikowanym nauczycielu duchowym i ufanie mu tak samo, jak byśmy polegali i ufali wykwalifikowanemu lekarzowi. Tego samego wyrażenia używa się dla związku z lekarzem. Jednak z powodu instrukcji postrzegania guru jako buddy pojmujemy to błędnie sądząc, że dany nauczyciel jest nieomylny i powinniśmy wykazywać niekwestionowane posłuszeństwo wobec guru, jak w jakimś kulcie. To jest błąd. I z tego powodu zawieszamy wszelki krytycyzm i odpowiedzialność za samych siebie, stając się zależni od częstego chodzenia do mo (mo, wróżenie z rzutu kośćmi) – rzuć kości i podejmij za mnie wszystkie decyzje.

Podejmujemy jako cel stanie się buddami, rozwinięcie rozróżniającej świadomej przytomności umożliwiającej nam samym podejmować inteligentne, współczujące decyzje. Jeśli więc jakiś nauczyciel zamierza uzależnić nas od siebie, jakby uderzyła mu władza do głowy, to jest tu coś nie tak. I nieporozumieniem jest sądzić, że jest w porządku poddawać się tego rodzaju syndromowi władzy i kontrolowania ze strony nauczyciela nie przestrzegającego należycie wskazówek.

Jest również nieporozumieniem rzutowanie na nauczyciela buddyjskiego roli pastora czy terapeuty, z którym omawiamy osobiste problemy i szukamy porad. To nie jest rola buddyjskiego nauczyciela duchowego. Tradycyjnie, buddyjski nauczyciel duchowy udziela nauk, zaś do nas należy znalezienie sposobu zastosowania ich. Tak na prawdę właściwe jest jedynie pytanie go o kwestie związane z rozumieniem udzielonych nauk i praktyką medytacyjną. Jeśli mamy problemy psychologiczne, to idziemy do terapeuty, nie idziemy do swojego nauczyciela duchowego. A już szczególnie niestosowne jest omawianie z jakimś mnichem czy mniszką problemów małżeńskich czy dotyczących związków bądź seksu. Oni żyją w celibacie. Oni się nie wdają w nic takiego. To nie są osoby do zapytywania o tego rodzaju problemy. Ale znowu – co bierze się z tradycji, że mamy w naszych kościołach pastorów, księży czy rabinów albo kogoś podobnego – oczekujemy od nich pełnienia tej ogólnej funkcji prowadzenia nas przez różne rzeczy w życiu, zajmowania się nami na tym osobistym poziomie życia osobistego itd.

Podam przykład. Przez dziewięć lat przebywałem bardzo blisko ze swoim nauczycielem duchowym, Serkongiem Rinpocze, przez większość czasu, każdego dnia. Przez te dziewięć lat nigdy nie zadał mi żadnego osobistego pytania. Nigdy. Co do mojego życia osobistego, co do mojej rodziny, co do mojego pochodzenia. Nic takiego. Całymi dniami wszystko obracało się albo wokół nauczania mnie, albo mojej pracy razem z nim dla dobra innych – tłumaczenia go, organizowania mu podróży, czy cokolwiek podobnego. A więc był to bardzo szczególny rodzaj związku, niezbyt łatwy do zrozumienia.

Na tym gruncie pracowania razem z nauczycielem prowadzi nas to do zagadnienia schronień, które ja lubię nazywać “bezpiecznym kierunkiem”. Wnosi to w nasze życie pewien kierunek wskazywany przez Buddę, Dharmę i Sanghę. Jest niezrozumieniem schronień trywializowanie ich do wstępowania do jakiegoś klubu. No wiecie, ścinamy kawałek włosów, otrzymujemy czerwony sznureczek, otrzymujemy jakieś nowe imię i już wstąpiliśmy do klubu. Zwłaszcza wtedy, gdy z uwagi na jakąś szczególną tybetańską linię przekazu nauczyciela uznajemy, że klubem, do którego wstępujemy, jest jakaś szczególna linia buddyzmu tybetańskiego a nie buddyzm w ogólności: „Teraz zostałem gelugpą”. „Teraz jestem kimś z karma kagju”. “Teraz stałem się kimś z ningmapy”. “Teraz jestem sakjapą”, zamiast: “Teraz podążam ścieżką Buddy”. I z powodu tego nieporozumienia stajemy się sekciarscy, odcinamy się od innych i nigdy nie chodzimy do innych ośrodków Dharmy. To jest naprawdę bardzo interesujące. Popatrzmy na to zjawisko na Zachodzie – większość osób pozostaje w jednym ośrodku Dharmy i nigdy nie chodzi do żadnego innego.

A jeszcze większy zamęt wynika z tego, że każdy pojawiający się nauczyciel wydaje się chcieć zakładać własny ośrodek Dharmy i własną organizację, co uważam za duży błąd, gdyż potem nie daje się tego utrzymać. W przyszłości nie da się w nieskończoność utrzymywać czterystu różnych odmian buddyzmu – to wprawia nowych uczniów w wielki zamęt. Wspieranie wszystkich tych miejsc z ich ołtarzami, biblioteczkami, płaceniem czynszu, itd., drenuje środki finansowe i stanowi duże obciążenie. W Tybecie, choć pojawiło się wielu różnych nauczycieli i założono wiele różnych klasztorów, na koniec połączyły się one i utworzyły odrębne grupy. Nie takie same grupy jak mieliśmy w Indiach – w Indiach nie mieliśmy kagju czy sakja – lecz wtedy te grupy stały się możliwe do utrzymania, co połączyło ze sobą rozmaite linie przekazu. Tak więc pomimo istnienia dużych organizacji w Zachodniej Dharmie – tych zapoczątkowanych przez Trungpę Rinpocze, Sogjala Rinpocze, Lamę Jeszie, Lamę Zopę itp., musimy w pewnym sensie pójść dalej w tą stronę… to staje się bardzo trudne, gdyż są tu dwie skrajności. Jedną jest to, że jest to zbyt rozdrobnione i nie działa. Z drugiej strony, jeśli jest zbyt uregulowane, to też nie działa. Trzeba więc być tu bardzo ostrożnym, lecz sądzę, że sprawa utrzymania jest ważnym problemem.

Co do nie chodzenia do innych ośrodków Dharmy, nieporozumieniem jest również to, że nie możemy się uczyć u innych nauczycieli, nawet z linii przekazu naszego nauczyciela. Większość Tybetańczyków ma kilku nauczycieli, a nie tylko jednego. Atiśa miał stu pięćdziesięciu pięciu nauczycieli – jest to udokumentowane. Różni nauczyciele specjalizują się w różnych zagadnieniach. Jeden jest dobry w wyjaśnianiu jednej rzeczy, inny jest dobry w wyjaśnianiu czegoś innego. Jeden jest w tej linii przekazu, drugi jest w tamtej linii przekazu. Posiadanie wielu nauczycieli nie jest nielojalnością wobec naszego nauczyciela. Jak mówi Jego Świątobliwość Dalajlama: możemy patrzeć na swoich nauczycieli jak na jedenastogłową postać Awalokiteśwary, każdy z nauczycieli jest jak inna twarz, a centralna postać jest naszym duchowym przewodnikiem. Coś w tym rodzaju.

Jest zatem bardzo ważne, by nie brać sobie kilku nauczycieli będących ze sobą we wzajemnym konflikcie. To nie działa dobrze. Musimy poszukać nauczycieli posiadających dobrą – bliską wzajemną więź, harmonijne współdziałanie – coś co się nazywa po tybetańsku dam-tshig. Ponieważ, niestety, jest coś takiego co czasami nazywamy „duchowymi gwiezdnymi wojnami” pomiędzy nauczycielami duchowymi spierającymi się bardzo gwałtownie co do różnych zagadnień – czy to opiekunów, czy kto jest prawdziwym Karmapą, czy cokolwiek. O tego rodzaju rzeczy. Jeśli więc chcemy chodzić do więcej niż jednego nauczyciela, to powinniśmy wybierać nauczycieli pozostających ze sobą w harmonii. Sprawą zasadniczą jest zdawanie sobie sprawy z tego, że samo wysłuchanie wykładu jakiegoś nauczyciela buddyjskiego nie czyni automatycznie tej osoby naszym nauczycielem duchowym, z wszystkimi konsekwencjami oddania wobec guru, choć powinniśmy okazywać mu szacunek. Jak mówi Jego Świątobliwość: „Możemy pójść na nauki do dowolnej osoby i wziąć w nich udział jak w wykładzie na uniwersytecie”. Nie wynika z tego nic więcej, niż to. To jest w porządku.

Nieporozumienia co do praktyki

Jeśli chodzi o praktykę, to nieporozumieniem jest myślenie, że tradycja gelug jest czystą linią studiowania a kagju i ningma są czystymi liniami praktyki, a więc jeśli podążymy za którąś z nich, to zaniedbamy tamten drugi aspekt – zaniedbamy studiowanie bądź zaniedbamy medytację. Kiedy nauczyciele kładą nacisk na jedno z tych – na studiowanie bądź medytację – nie znaczy to, że robimy tylko jedno a zaniedbujemy to drugie. Jest całkowicie jasne, że potrzebujemy obu.

Niedawno podczas audiencji udzielonej grupie osób z Zachodu, które studiowały w bibliotece w Dharamsali w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, Jego Świątobliwość użył bardzo ciepłego przykładu. Powiedział, że tantra, mahamudra i dzogczen – tego rodzaju praktyki – są jak palce jednej dłoni. Wnętrze dłoni, podstawę, stanowią tradycyjne indyjskie nauki. Palce wyrastają z dłoni i nie są funkcjonalne same z siebie. Jego Świątobliwość użył tego obrazu, tej analogii i sądzę, że jest to bardzo pomocna wskazówka. Nieporozumieniem jest myślenie: „Jedyne, co potrzebuję robić to praktykowanie dzogczen, tylko siedzieć i być naturalnym itd.” Jest to nadmierne upraszczanie tego rodzaju nauk bez posiadania podstawy.

Podobnie nieporozumieniem jest myślenie, że jesteśmy Milarepami, i że każdy – a konkretnie my sami – potrzebujemy udać się na odosobnienie na całe życie, albo przynajmniej na trzyletnie odosobnienie. Jedynie niewiele osób jest przystosowane do życia w nieprzerwanej medytacji, większość potrzebuje wdawać się w sprawy życia w społeczeństwie. To jest bezpośrednia rada Jego Świątobliwości Dalajlamy. Bardzo, bardzo rzadko naprawdę nadajemy się do medytacyjnego odosobnienia trwającego całe życie. Rzadko możemy odnieść poważną korzyść z trzyletniego odosobnienia tylko siedząc tam przez trzy lata i powtarzając mantry, lecz nie pracując naprawdę nad sobą na głębokim poziomie.

Oczywiście intensywna praktyka Dharmy w pełnym wymiarze czasu jest niezbędna dla osiągnięcia wyzwolenia czy oświecenia i błędem jest przecenianie możliwości osiągnięcia wyzwolenia i oświecenia bez takiej praktyki w pełnym wymiarze czasu. Myślimy sobie: „No będę po prostu praktykować w wolnym czasie i osiągnę wyzwolenie, i oświecenie”. To też jest nieporozumieniem. Ale błędem jest również nieobiektywna ocena własnej zdolności do podjęcia tej intensywnej praktyki już teraz. Ponieważ szczególnie często dzieje się tak, że jeśli przymuszamy siebie nie będąc rzeczywiście zdolni do wykonywania tego rodzaju praktyki, to stajemy się prawdziwie sfrustrowani – nabawiamy się czegoś, co Tybetańczycy nazywają lung (rlung), sfrustrowaną nerwową energią – i to na prawdę wywołuje w nas bałagan psychologiczny, emocjonalny i fizyczny.

I wiąże się to również trochę z niewiarą w odradzanie się, ponieważ jeśli nie wierzymy w odradzanie się, to nie patrzymy poważnie w kategoriach dalekosiężnych celów, po wielu, wielu eonach praktyki. Istnieje nauka mówiąca, że jest możliwe osiągnąć oświecenie w tym życiu, lecz nie powinno to usprawiedliwiać myślenia: „Mam tylko to życie, ponieważ nie ma żadnego odradzania się” i z tego powodu przymuszania siebie do rzeczy, których teraz nie jesteśmy w stanie zrobić.

Patrząc na to z drugiej strony, błędem jest również niedocenianie znaczenia codziennej praktyki medytacyjnej. Jeśli chcemy utrzymać swoją praktykę Dharmy, to bardzo ważne jest codzienne medytowanie. Jeśli będziemy bez względu na cokolwiek medytować codziennie, przyniesie to wiele, wiele korzyści pod względem dyscypliny, oddania, stabilności w życiu, wiarygodności. I jeśli poważnie chcemy zbudować więcej pożytecznych nawyków – czego właśnie dotyczy medytacja – to potrzebujemy praktykowania.

“Praktyka” oznacza, że w kontrolowanym otoczeniu praktykujemy bycie cierpliwymi itp., przez wyobrażanie sobie różnych sytuacji, badanie przyczyn problemów: “Dlaczego denerwuje mnie ta sytuacja? Dlaczego staję się rozdrażniony kiedy zachoruję? Jest tak dlatego…” potem idziemy coraz głębiej i widzimy: “No, skupiam się na mnie. ‘Ja cierpię. Biedny ja.’” Nawet jeśli świadomie nie myślimy “Biedny ja” będąc chorzy, to jednak skupiamy się na tym “ja” – tworzymy to silne “ja”. A następnie, ponieważ nie podoba nam się to, czego doświadczamy w chorobie, stajemy się rozdrażnieni i wysyłamy to do innych ludzi. Tak więc to właśnie robimy podczas medytacji,; analizujemy to, co dzieje się codziennie. Tak więc bardzo korzystna jest codzienna praktyka, podczas której badamy te rzeczy, dzięki której pracujemy nad jakimiś pożytecznym nawykiem w sposób regularny. Wielkim nieporozumieniem jest sądzenie, że możemy się bez niej obejść.

Nieporozumieniem jest również uważanie, że praktyka buddyjska oznacza zaledwie wykonywanie rytuału a nie przede wszystkim pracę nad sobą. Wielu ludzi tak sądzi. „No dobrze, zrobię tę sadhanę czy tamtą sadhanę” i czasem recytujemy to po tybetańsku – w języku, którego nawet nie rozumiemy – uważając, że to właśnie jest praktyka. Dzongsar Czjentse Rinpocze, który był tutaj kilka miesięcy temu, podał cudowny przykład. Powiedział, że gdyby Tybetańczycy mieli codziennie recytować modlitwy i rozmaite praktyki po niemiecku na podstawie samego tybetańskiego zapisu fonetycznego, nie mając żadnego pojęcia co mówią, to wątpi, czy wielu z nich by to faktycznie robiło. Ale my jako ludzie z Zachodu robimy tak i uznajemy to za wystarczającą praktykę. Faktyczna praktyka oznacza pracę nad sobą. Pracę. Analizowanie. Pojmowanie. Rozbudowywanie pożytecznych nawyków miłości, współczucia oraz właściwego zrozumienia itd.

Innym nieporozumieniem w odniesieniu do praktyki jest myślenie, że dla właściwego praktykowania Dharmy potrzebujemy przestrzegać tybetańskich czy innych azjatyckich zwyczajów – w postaci bogatego ołtarza w stylu tybetańskim, pokoju świątynnego, czy nawet ośrodka Dharmy. Wielu przyjeżdżających Tybetańczyków oczywiście lubi zakładać ośrodki Dharmy przypominające tybetańską gompę, tybetańską świątynię, z kolorami na ścianach i malowidłami, i można to widzieć tutaj, w tym pomieszczeniu. Ale żeby uważać, że to jest konieczne … A – jak powiedziałby Tybetańczyk – jeśli ludziom z Zachodu się to podoba, to czemu nie? Nie wyrządza się tym żadnej krzywdy, ale uważanie, że jest to absolutnie niezbędne, to wielka pomyłka. Zwłaszcza jeśli jest to związane z jakimś dużym wydatkiem, kiedy te pieniądze mogłyby zostać spożytkowane w inny sposób. Tak więc czy to w ośrodku Dharmy czy we własnym domu, dla praktykowania buddyzmu tybetańskiego nie potrzebujemy niczego wyszukanego w tybetańskim stylu.

Choć główny nacisk w Dharmie kładzie się na usunięcie na zawsze przyczyn cierpienia – a mianowicie niewiedzy, nie uświadamiania sobie rzeczywistości, przeszkadzających emocji, tego rodzaju rzeczy – to nieporozumieniem jest sądzić, że przezwyciężenie przeszkadzających emocji przyjdzie szybko, zapominając o tym, że będziemy nadal je posiadać w malejącym stopniu, aż po stan arhata. Jedynie kiedy staniemy się arhatem, wyzwoloną istotą, będziemy całkowicie wolni od gniewu i przywiązania itd. Kiedy o tym zapominamy, to łatwo zniechęcamy się, kiedy nadal wpadamy w złość po latach praktyki. Jest to bardzo, bardzo powszechne.

Błędem jest brak cierpliwości wobec siebie samego. Musimy zdać sobie sprawę z tego, że praktyka Dharmy ma wzloty i upadki, tak samo jak samsara – wznosi się i opada. A na dłuższą metę możemy mieć nadzieję na poprawę. To nie będzie łatwe. A więc błędem jest brak cierpliwości wobec samych siebie podczas okresów spadku. Jednak z drugiej strony powinniśmy unikać skrajności zbytniego pobłażania negatywnym nawykom i podchodzenia w zbyt luźny i leniwy sposób do pracy nad sobą. Dlatego ścieżką środkową będzie tutaj nie bicie siebie, kiedy znowu wpadniemy w złość, ale też nie powiedzenie tylko: “No cóż, odczuwam złość”, albo: “Jestem w złym nastroju”, bez próby użycia jakiejś metody Dharmy dla przezwyciężenia tej złości.

Jest bardzo interesujące zobaczyć, ku czemu zwracamy się będąc w złym nastroju, w czym poszukujemy ulgi. Czy zwracamy się ku medytacji? Czy zwracamy się ku schronieniom? Czy też zwracamy się ku czekoladzie, albo seksowi, albo telewizji, albo plotkowaniu z przyjaciółmi? Ku czemu się zwracamy? Sądzę, że to, w jaki sposób radzimy sobie z byciem w złym nastroju bardzo wiele ujawnia na temat naszej praktyki Dharmy.

Jest nieporozumieniem – to jest trudne – jest nieporozumieniem sądzić, że możemy osiągnąć wyzwolenie czy oświecenie bez konieczności zapanowania nad biologią, szczególnie nad seksem. Pomimo faktu, że w tantrze możliwe jest na zaawansowanych etapach użycie pożądania i energii seksualnej w celu pozbycia się pożądania i energii seksualnej, jest to możliwe tylko wtedy, gdy jesteśmy na bardzo zaawansowanych etapach i panujemy nad całym systemem własnej subtelnej energii. Jest poważnym błędem uważać tantrę za jakąś egzotyczną metodę seksu. Zmierzamy do uzyskania wyzwolenia. Wyzwolenie oznacza wyzwolenie się od tego – od tego rodzaju ciała fizycznego z wszystkimi jego biologicznymi popędami itd. – i posiadanie rodzaju ciała wyzwolonej czy oświeconej osoby, utworzonego ze światła itp. i nie podlegającego tym ograniczeniom. Często chcemy tanio uzyskać wyzwolenie i oświecenie bez porzucenia tego rodzaju przyjemności cielesnych, by się tak wyrazić. Jest to więc nieporozumienie.

Nieporozumienia co do tantry

Doprowadza nas to do tematu tantry i istnieje co do niego wiele, wiele nieporozumień. Często te nieporozumienia biorą się z marketingu. Tantra, dzogczen, tego rodzaju rzeczy są bardzo zmyślnie reklamowane jako łatwa ścieżka, szybka ścieżka, najlepsza ścieżka itd. I to z powodu tego marketingu – czy to autorstwa tybetańskich nauczycieli czy różnych praktykujących, osób z Zachodu czy Tybetańczyków – przedstawiających to z jakiegokolwiek powodu w taki właśnie sposób, nieporozumieniem co do tantry czy dzogczen jest postrzeganie ich, na przykład, jako łatwe ścieżki.

A kiedy jesteśmy przyciągani do nich z tego powodu – gdyż sądzimy, że są łatwe i szybkie – to dlaczego tak jest? Jak wskazał jeden z moich nauczycieli, albo jesteśmy leniwi i chcemy czegoś łatwego i szybkiego (nie chcemy wkładać w to pracy), albo też szukamy okazji, żeby tanio uzyskać oświecenie tak, jak szukamy okazji będąc w sklepie. Często mamy tego rodzaju nastawienie przyglądając się rozmaitym metodom Dharmy. Gdzie tu jakaś okazja? Co w tym tygodniu jest w wyprzedaży? Coś takiego. Praktyka tantry, dzogczen i podobne rzeczy wymagają olbrzymiej ilości pracy. Są ogromnie trudne. Bardzo, bardzo subtelne. I każda z nich dokładnie to podaje, że potrzebujemy praktyk wstępnych, które nie są łatwe – owych stu tysięcy pokłonów itp.

Nieporozumieniem jest też sądzić, jeśli nawet przyjmujemy konieczność wykonywania tych praktyk wstępnych w rodzaju pokłonów, że uzyskamy z tego jakieś cuda. To także może brać się z marketingu bądź pochodzić z naszego własnego przeceniania siły tych zabiegów wstępnych. “Jestem w wielkiej desperacji. Po prostu powiedz mi co mam zrobić. W porządku, rzucę się na ziemię sto tysięcy razy, powtórzę jakieś sylaby w obcym języku sto tysięcy razy, a wtedy wszystkie moje problemy sobie pójdą”. To jest nieporozumienie. Tak więc z desperacji robimy to, robimy to, robimy to oczekując, że na koniec wydarzy się jakiś cud. A on się nie pojawia. A wtedy jesteśmy zupełnie rozczarowani co do praktykowania Dharmy.

Oczywiście praktyki oczyszczające mogą być bardzo skuteczne, ale nie wtedy, kiedy przez dziewięćdziesiąt dziewięć procent czasu nasz umysł błądzi gdzie indziej i nie skupiamy się nad tym, co właśnie wykonujemy, albo nie mamy silnej, właściwej motywacji. Aby te praktyki były skuteczne – a nawet kiedy są skuteczne, to nie sprawiają żadnych cudów – potrzeba wykonywać je właściwie, z pełnym skupieniem i pełną, właściwą motywacją, itd. To nie jest łatwe, nieprawdaż? Albo myślenie sobie po wykonaniu stu tysięcy pokłonów: „Zrobiłem swoją powinność, no to teraz czas na smakołyki”. Znów jest to w pewnym sensie tak, jakbyśmy mieli niechęć do tych praktyk wstępnych i pragnęli tylko mieć je z głowy. Nie dostrzegamy prawdziwie ich wartości samych w sobie dla budowania pewnej pozytywnej siły, jak np. nieustannego wnoszenia tego pozytywnego kierunku w nasze życie, schronienia, ponowne potwierdzanie Buddy, Dharmy i Sanghi. Oto kierunek, w którym zmierzamy, coraz to od nowa wzbudzając bodhiczittę. Tego rodzaju praktyki wstępne bardzo, bardzo pomagają.

A co do tych praktyk wstępnych ngondro to błędem jest wykonywanie ich przed uzyskaniem choćby podstawowego zrozumienia buddyzmu i myślenie o nich po prostu jako o sposobie oczyszczenia grzechów, by się tak wyrazić. Idziemy do jakiegoś nauczyciela – i dzieje się tak często na Zachodzie – idziemy do nauczyciela i od razu, przed jakimikolwiek naukami, przed jakimkolwiek zrozumieniem: „Wykonaj sto tysięcy pokłonów”! A ludzie rzeczywiście to robią, co jest niesamowite. Pytamy się więc: “Dlaczego oni to robią”? I zwykle wynika to z desperacji, z myślenia, że zdarzy się z tego powodu jakiś cud. Albo wchodzą w coś na kształt kultu i jedynie są posłuszni nauczycielowi, jak w wojsku. To jest błąd myśleć, że związek z nauczycielem jest jak zależność od oficera w wojsku – tylko posłuszeństwo bez żadnego kwestionowania. Jest bardzo ważne, by nigdy nie tracić zmysłu krytycznego. Jego Świątobliwość zawsze to podkreśla. Bądźmy krytyczni. Nie oznacza to krytykowania, choć brzmi to podobnie. “Krytyczny”, oznacza badający co się dzieje. “Krytykujący”, oznacza myślenie: „Ja jestem o wiele lepszy, a ty jesteś okropny”, patrzenie z góry na daną osobę z bardzo negatywną postawą. Tak więc jest ważne, byśmy posiadali podstawę dla wykonywania tych praktyk ngondro – byśmy rozumieli, co robimy.

Wskazuje to na pewne większe nieporozumienie, jakim jest przedwczesne wdawanie się w praktykę tantry, nawet jeśli zaczęliśmy od ngondro. Przykładowo, w tradycjach kładących silny nacisk na ngondro, praktyki wstępne, występują wspólne czyli powszechne ngondro, którymi są cztery myśli zwracające umysł ku Dharmie – co zasadniczo obejmuje materiał lam-rim (materiał stopniowych etapów) – a następnie nie wspólne, szczególne, nie powszechne praktyki, którymi są pokłony itd. Tak więc przeskakiwanie, trywializowanie czy pomniejszanie tych powszechnych praktyk wstępnych (podstawowych nauk lam-rim), i przechodzenie od razu do pokłonów, itd. często prowadzi do – jak to nazywam – bardzo nierealistycznej postawy wobec pokłonów, Wadżrasattwów itd. i może tworzyć problemy. Po jakimś czasie zaczynamy zapytywać: „Po co ja w ogóle to robię? Gdzie tu jest sens”? Podczas gdy, jeśli posiadamy jasne zrozumienie – przynajmniej w pewnym stopniu – znaczenia zbudowania wcześniej pozytywnej siły, pozbycia się negatywnych potencjałów (lub co najmniej zminimalizowania ich), ponieważ chcemy osiągnąć taki to a taki cel, duchowy cel, wtedy te przygotowania mają sens.

Tak więc, jak mówię, problemem nie jest tu samo przedwczesne wdawanie się w praktyki ngondro, ale przedwczesne wdawanie się w tantrę. A to dzieje się bardzo często z powodu… Może to być z tego powodu, że prosimy wizytujących lamów o dawanie inicjacji, nawet jeśli nasza grupa nie jest jeszcze gotowa do ich praktykowania. Albo sami wizytujący lamowie oferują inicjacje pomimo tego, że uczestnicy są w większości nieprzygotowani. Tak więc nie jesteśmy całkowicie sami odpowiedzialni za to nieporozumienie nadmiernego uwypuklania tantry oraz przedstawiania jej i praktykowania zbyt wcześnie przez większość ludzi.

Dlaczego prosimy o jakąś inicjację? Może być wiele powodów. Sądzimy, że to jest coś wzniosłego. To jest coś prawdziwego. To jest coś egzotycznego. To przyciągnie więcej ludzi, a więc oznacza, że zbierzemy więcej pieniędzy i będziemy mogli faktycznie zapłacić wizytującemu nauczycielowi i wesprzeć ośrodek. Może to więc być z powodów finansowych, co jest bardzo niefortunne. Sam nauczyciel może być motywowany następującym myśleniem: “No dobrze, oni nie będą tego praktykowali, ale zasiejemy nasiona na przyszłe żywoty”. No tak, ale większość ludzi z Zachodu nie wierzy w przyszłe żywoty. Tak więc jest to nieporozumienie. Być może sami nauczyciele na prawdę nie rozumieją, że ludzie z Zachodu nie mają przygotowania umożliwiającego skuteczne praktykowanie tantry. Albo z kolei też mogą być pod presją finansową zebrania pieniędzy na wsparcie klasztoru i mnichów w kraju. Może być wiele powodów. Zawsze dobrą radą jest prosić wizytujących nauczycieli o nauki podstawowe. A jeśli pragniemy bardziej zaawansowanych nauk, to prośmy o zaawansowane nauki sutr, zaawansowane nauki o bodhiczitcie, zaawansowane nauki o pustce itd.

A kiedy angażujemy się w praktykowanie tantry i chcemy instrukcji do praktyki, to nieporozumieniem jest znów sądzić, że główny nacisk kładzie się w niej na wizualizację i martwić się bardzo o poprawność wszystkich drobnych szczegółów. Mój nauczyciel Serkong Rinpocze używał pewnego przykładu dla wyśmiewania niezrozumienia tego ze strony osób z Zachodu. Mówił: „Ludzie przychodzą do mnie i pytają, czy Jamantaka, albo Wadżrajogini mają pępek? To jest niedorzeczne. To się rozmija z całym sednem – z istotnymi punktami tych praktyk”.

Z pewnością chcąc rozwinąć jednopunktowe skupienie itd., potrzebujemy znajomości wszystkich szczegółów, ale to nie na czymś takim się skupiamy czy podkreślamy to na początku. To, co chcemy uzyskać, to pewne podstawowe zrozumienie – Tsongkapa mówi o tym bardzo wyraźnie – trzech podstawowych aspektów ścieżki.

  • Wyrzeczenie się, porzucenie zwykłego jawienia się, czepiania się rzeczy jako prawdziwie istniejących, itd. Uwolnienie się od tego wymaga ogromnego zdecydowania.
  • Bodhiczitta. Zamierzamy osiągnąć oświecenie. Te figury Buddy, te yidamy przedstawiają nasze przyszłe oświecenie, które zamierzamy osiągnąć, a więc wyobrażamy sobie, że już teraz tam jesteśmy. Bez bodhiczitty, po co byśmy wyobrażali siebie w tej postaci i podejmowali wszystkie te działania z pożytkiem dla innych? Tak więc oczywiście pragniemy być tacy, aby przynosić pożytek innym.
  • A potem całe zrozumienie pustki, że teraz nie istniejemy prawdziwie w ten sposób, lecz posiadamy potencjały. Musimy wstawić w to przyczynę i skutek, ich współzależne powstawanie itd. Nie to, że jestem Tarą – albo jestem Kleopatrą, jeśli o to chodzi.

Tak więc jeśli zamierzamy otrzymać nauki o tantrze, to niech na pewno będą to nauki na takim właśnie poziomie. Na to musimy położyć nacisk. Jaki jest cel tego wszystkiego? Co usiłujemy zrobić? Oto czemu potrzebujemy najpierw wszystkich przygotowań. A nie tylko martwienia się o wszystkie drobiażdżki wizualizacji. Jak wyglądają klejnoty i podobne rzeczy. Chociaż istnieją instrukcje na temat ich wyglądu, to nie musimy kłaść na nie nacisku, zwłaszcza na początku.

To jest ciekawe: podczas inicjacji Kalaczakry w Toronto w Kanadzie w roku 2004, Jego Świątobliwość udzielił nauk na temat – zapomniałem który to był tekst, lecz jeden z tekstów Nagardżuny o pustce, jako nauk wstępnych. Trwało to około trzech dni. A dopiero później, po tych naukach, udzielił inicjacji. Dało się zauważyć, że o wiele więcej osób przyszło po inicjację niż po nauki o pustce. A Jego Świątobliwość powiedział, że naprawdę ceni te osoby, które przyszły jedynie po nauki Nagardżuny a nie zostały na inicjacje, a nie tych, co zrobili odwrotnie – pominęli nauki początkowe, nauki podstawowe, a przyszli tylko po inicjacje. To nam bardzo wiele mówi, bardzo wiele.

Co do praktyk tantry, to nieporozumieniem jest patrzenie na yidamy jak na świętych, do których modlimy się o pomoc, Święta Taro, Święty Czenrezig itp. – a nie jest to nieporozumienie ograniczone do ludzi z Zachodu – i że w pewnym sensie ich czcimy. Oni mogą nas zainspirować, tak jak buddowie i guru linii przekazu, ale pracę musimy wykonać sami.

Niektóre z tych nieporozumień biorą się z problemów z przekładem, kiedy składamy prośby do rozmaitych guru i yidamów w modlitwach prośby. Przede wszystkim, słowo modlitwa niesie dla nas konotację modlenia się do Boga i prośby: “Boże, daj mi coś”. Albo modlenie się do jakiegoś świętego, żeby był dla nas pośrednikiem przed Bogiem, żeby Bóg nam dał coś. Już tutaj myli nas ta nieznaczna projekcja. Zaś składając prośby używamy tybetańskiego słowa chingylab (byin-gyis rlabs), które się zwykle przekłada jako błogosławieństwa. Ja uważam, że to jest zupełnie inna od zamierzonej i mylna konotacja. Prosimy: „Pobłogosław mnie zdolnością do zrobienia tego. Pobłogosław mnie, bym był zdolny zrobić tamto”, jak gdyby wszystko, czego potrzebujemy, to aby moc tych figur spłynęła na nas błogosławiąc i nagle uzyskamy całe swoje urzeczywistnienie itd.

To nie jest buddyzm. Tamto wyrażenie dosłownie oznacza uwznioślać i rozjaśniać. To jest jego znaczenie. W sanskrycie adhisthana. Adhisthana – stawiać nas w wyższym położeniu, podnosić. Posiada ono konotację rozjaśniać. Wolę więc przekładać to jako inspirować. Prosimy więc ich, by nas zainspirowali do osiągnięcia tego czy tamtego. Te postacie same z siebie – czy to są guru, buddowie czy yidamy – nie mogą ze swojej strony, własną mocą spełnić naszych życzeń i zrobić wszystkiego za nas tak, że jedyne co my mamy zrobić, to przedłożyć to im. To znów stanowi wstawianie, rzutowanie pewnej zachodniej idei czy koncepcji do buddyzmu. Główny nacisk zawsze kładzie się na to, że pracę musimy wykonać sami. Mamy buddów, guru – oni mogą nas inspirować, uczyć nas, przewodzić nam, lecz nie mogą wykonać za nas pracy. Sami musimy to pojąć.

Nieporozumienia co do opiekunów

Podobne jest nieporozumienie nadmiernego uwypuklania praktyki opiekunów Dharmy. Często to spotykamy. W ośrodkach Dharmy co tydzień wykonuje się praktyki opiekunów. Albo codziennie robi się jakąś praktykę opiekunów. I nawet nowicjusze przychodzą i wykonują te praktyki opiekunów, nie mając najmniejszego pojęcia co tak naprawdę robią. A postrzeganie czy uznawanie danego opiekuna jako kogoś, kto nas ochroni (co wynika ze słowa opiekować się) przed naszymi wszystkimi przeszkodami, niebezpieczeństwami itd., i zapominanie, że to my sami musimy chronić siebie pod względem … A co się stało z karmą i ze schronieniami?

Zmierzamy w bezpiecznym kierunku (Budda, Dharma i Sangha) w celu uniknięcia upadku w gorsze odrodzenie – to jest początkowy zakres nauk. Nie jest tak, że udajemy się do jakiegoś opiekuna, aby uniknąć gorszego odrodzenia się. Nigdzie nie mówi się w ten sposób w naukach, nieprawdaż? Udajemy się do Buddy, Dharmy i Sanghi. A i one nie będą nas chronić w sensie zbawienia nas. One uczą nas co robić. Ale zrobić to musimy sami. One ustanawiają przykład. A co do karmy – unikaj destrukcyjnych zachowań. Co to oznacza udawać się w tym bezpiecznym kierunku Buddy, Dharmy i Sanghi? Tym bezpiecznym kierunkiem jest zasadniczo Dharma. Dharma odnosi się – ten najgłębszy Klejnot Dharmy – odnosi się do trzeciej i czwartej szlachetnej prawdy. Tak więc prawdziwe ustanie przyczyn cierpienia a zatem prawdziwe ustanie cierpienia i prawdziwa ścieżka czy umysł ścieżki, który do tego prowadzi – rozumienie pustki itd. – oraz z niego wynika. To jest ten kierunek, w którym zmierzamy. I to istnieje w pełni w mentalnym kontinuum Buddy – Buddów, licznych Buddów – i częściowo w mentalnym kontinuum Arja Sanghi. I to jest ten kierunek. I jeśli go przyjmujemy, to chronimy siebie przed cierpieniem. Dharma, słowo sanskryckie, pochodzi od korzenia powstrzymywać siebie. Powstrzymywać siebie, abyśmy uniknęli cierpienia.

Nie jest tak, że robi to za nas jakiś opiekun. Opiekun jest czymś dodatkowym. Opiekunów można postrzegać na wiele sposobów. Serkong Rinpoche zwykł opisywać opiekunów jako wielkie złośliwe psy. Mawiał, że jeśli jesteśmy w centrum jakiejś mandali jako któreś z bóstw – powiedzmy Jamanataka, prawdziwie silne zaciekłe bóstwo – to musimy być w stanie panować nad tymi opiekunami. Oni są jak dzikie psy. I choć moglibyśmy sami stać przy bramie i odganiać rabusiów, to po co to robić, jeśli możemy użyć do tego psa? Ale musimy być jego panem, musimy nad nim panować. Tak więc, nawet jeśli myślimy o opiekunie jako pomagającym nam w sensie odganiania zakłóceń i rabusiów itd., to my jesteśmy kimś mającym władzę nad tym wszystkim.

Innymi słowy opiekunowie, jeśli bierzemy ich za jakieś faktyczne istoty – jak robią to Tybetańczycy – jeśli bierzemy ich za faktyczne istoty, duchy czy cokolwiek, mogą zapewnić okoliczności do dojrzewania naszej własnej karmy. Jeśli sami nie sprawimy, aby karma dojrzała nie pomoże to, co oni robią. Tak samo wykonywanie pudży Buddy Medycyny i podobnych rzeczy. To nie będzie skuteczne, to nie będzie przyczyną poprawy naszego charakteru. Jest to okoliczność, by dojrzała nasza własna pozytywna karma. Albo w niektórych przypadkach z opiekunami jest to okoliczność, by nasza negatywna karma dojrzała w jakiś błahy sposób, aby się nie rozwijała, aby spaliło to wszelkie poważniejsze przeszkody, które stanęłyby w przyszłości na drodze naszemu powodzeniu. Mogą oni działać na wiele sposobów.

Ale błędem, nieporozumieniem jest tu przecenianie praktyk opiekunów, czynienie ich punktem centralnym zamiast Buddy, Dharmy i Sanghi. I staje się to niemal czczeniem jakiegoś ducha. I bierze się z tego wiele problemów, jak jest to obrazowane kontrowersyjną sprawą opiekunów wśród Tybetańczyków. Trzeba więc z tym uważać. Sądzę też, że nie jest zbyt mądre, kiedy ośrodek Dharmy prowadzi jakąś publiczną praktykę opiekunów każdego dnia, albo co tydzień, albo co miesiąc, na którą każdy może przyjść – nowicjusze mogą przyjść – ponieważ… Zwłaszcza kiedy tłumaczone są dość ciężkie teksty: “Strzaskaj intruzów, wrogów”, itd. To może być dość ciężkie i bardzo łatwo opacznie zrozumiane. Trzeba więc bardzo z tym uważać.

Nieporozumienia co do inicjacji

Teraz o inicjacjach w tantrze. Nieporozumieniem jest branie jakiejś inicjacji w tantrze bez sprawdzenia nauczyciela czy praktyki. A jeśli nawet ich sprawdzimy, to błędem czy nieporozumieniem jest przyjmowanie inicjacji bez zamiaru faktycznego praktykowania systemu tantry. Celem inicjacji jest uaktywnienie i wzmocnienie – powiększenie – określonych czynników naszej natury Buddy, byśmy byli w stanie angażować się w praktyki systemu jakiegoś konkretnego bóstwa. To jest cały ich cel. Rozmaite rytuały i wizualizacje itd., tego, co się wydarza – to uaktywnia te nasiona, zasiewa więcej nasion tak, że możemy angażować się w jakąś szczególną praktykę. Jest to inicjacja dla zapoczątkowania praktyki.

Kiedy to błędnie rozumiemy, wtedy bezkrytycznie uczestniczymy w dowolnej inicjacji udzielanej przez dowolnego lamę do dowolnej praktyki. I chodzimy na nie, albo dla błogosławieństw, albo z powodu nacisku grupy. Robienie czegoś takiego to błąd. Udawanie się po jakieś uprawnienie, po jakąś inicjację, to poważna sprawa. I musimy w pełni sprawdzić danego nauczyciela. Czy chcemy ustanowić jakiś szczególny związek z tym nauczycielem jako swoim tantrycznym guru? Większość z nas nie ma bladego pojęcia, co to faktycznie oznacza. I czy chcemy wykonywać daną szczególną praktykę bóstwa w odróżnieniu od jakiejś innej? I czy poważnie chcemy to robić teraz, bądź w pełni zamierzamy zabrać się za to później? Ale tylko chodzić – mam na myśli to, że oczywiście możemy iść na coś takiego jako na wydarzenie antropologiczne. Chodzimy jako antropolodzy, by oglądać, co ci tubylcy robią podczas jakiegoś tubylczego rytuału. W porządku. Jego Świątobliwość mówi, że jeśli chcemy iść jako – jak to nazywa – neutralny obserwator, to nie ma problemu. Ale chodzenie, ot, tak sobie, prawdziwie trywializuje proces inicjacji.

A dalszym nieporozumieniem jest sądzić, że jeśli idziemy na jakąś inicjację – jako na wydarzenie antropologiczne, albo jedynie po błogosławieństwo czy przez presję grupy – wszyscy idą, więc my też musimy pójść – to nieporozumieniem jest myśleć, że złożyliśmy śluby i zobowiązania już przez samo bycie obecnymi na tej inicjacji, bez przyjęcia ich w sposób świadomy i z własnej chęci. Jedynie wtedy przyjmujemy śluby, jeśli je świadomie składamy. Samo bycie w danym miejscu nie oznacza wcale, że złożyliśmy dane śluby czy otrzymaliśmy daną inicjację. Tybetańczycy zabierają ze sobą psy na inicjacje. Nie oznacza to wcale, że te psy złożyły ślubowania i zostały inicjowane w daną praktykę. Mam na myśli to, że oczywiście zabierają je dla błogosławieństwa czy czegoś podobnego. Ale czy my sami chcemy uczestniczyć w danej inicjacji tylko tak, jak jakiś pies? To jest sedno. Albo myśleć sobie: „Och, to mnie wprawi w euforię”. Coś w tym rodzaju.

Z drugiej strony jest równie dużym nieporozumieniem myśleć, że możemy otrzymać jakąś inicjację i podjąć daną praktykę bez złożenia i dotrzymywania ślubów. Jednym z najważniejszych aspektów inicjacji, uprawnienia, są śluby. Mówi się o tym bardzo jasno w wielu pismach: “Bez ślubów nie ma inicjacji”. Tak więc minimum stanowią śluby bodhisattwy. We wszystkich inicjacjach wszystkich klas, (łącznie z dzogczen), Tsongkapa i Atiśa podkreślają, że jako podstawy potrzebujemy jakiegoś poziomu ślubów pratimokszy bądź praktyki, nawet jeśli są to tylko ślubowania świeckie. Nie musi też nawet być ich wszystkich pięć – unikanie zabijania, kradzieży, kłamstwa itd. Jakiś rodzaj podstawy w postaci ogólnej etyki. Następnie śluby bodhisattwy. A jeśli są to dwie wyższe klasy tantry, to śluby tantryczne. To jest absolutnie zasadnicza sprawa. I musimy to robić bardzo poważnie, sprawdzając, czy możemy tego faktycznie dotrzymać?

Jeśli jest tam podjęcie się praktykowania – czasami wraz z inicjacją idzie zobowiązanie się do praktyki – nieporozumieniem jest, że możemy targować się z nauczycielem celem zmniejszenia tego zobowiązania, jak targowanie się ze sprzedawcą na rynku na Wschodzie dla uzyskania niższej ceny. Czasem widzę jak ludzie z Zachodu to robią. Jego Świątobliwość udziela w Dharamsali jakiegoś uprawnienia, a zobowiązaniem jest wykonywanie danej praktyki codziennie przez resztę życia. Przykładowo, Lama Chopa (Pudża Guru). Jego Świątobliwość daje nauki na ten temat, a zobowiązaniem jest wykonywanie jej każdego dnia przez resztę życia. A wtedy osoby z Zachodu chcą na to pójść, ale będą się targować, będą próbować targów – no, jesteśmy zabiegani itd., więc czy musimy naprawdę to robić? Czy nie możemy robić tego czasami, kiedy mamy czas? Próbują się tanio wykpić, za niższą cenę. To jest wielkie nieporozumienie.

Jeśli pragniemy otrzymać te nauki, to chodzi o to, żeby chcieć wykonywać daną praktykę. Traktujmy to na poważnie. W przeciwnym razie po co otrzymywać nauki? Z samej ciekawości? To nie o to chodzi. Te nauki mają być czymś cennym, czymś uświęconym, co studiujemy jedynie w oparciu o prawdziwą chęć robienia tego. Oczywiście staje się to trudnym zagadnieniem z racji internetu i książek, i podobnych rzeczy, ponieważ, jak mawia Jego Świątobliwość Dalajlama, w każdym wypadku dostępne jest bardzo wiele. A jest też bardzo dużo niewłaściwych informacji o Dharmie i tantrze, więc lepiej uzyskać prawidłową informację na miejscu. Jak Jego Świątobliwość czasami żartuje: “Lepiej jest iść do piekła mając właściwe zrozumienie, niż iść z niewłaściwym zrozumieniem. Mając właściwe zrozumienie szybciej stamtąd wylecimy”. Nie wiem czy brać to dosłownie czy jako żart, ale to daje do myślenia. Ale to nie jest żadna wymówka. Powinniśmy chcieć otrzymać dane nauki. Jest to pewne zobowiązanie. Przyjmijmy je poważnie.

Jeśli jest tam zobowiązanie do codziennej recytacji, to nieporozumieniem jest nie brać tego na poważnie i sądzić, że możemy sobie opuścić jakiś dzień, kiedy nie mamy ochoty wykonywać jej: „Będę to robić tylko wtedy, kiedy zechcę”. Albo przyjmowanie zbyt wielu zobowiązań praktykowania przez całe życie, bez realistycznego rozważenia, czy będziemy w stanie to utrzymać. To był bardzo, bardzo powszechny błąd w Indiach lat siedemdziesiątych. W tych czasach inicjacji udzielano dużo chętniej – pełnych inicjacji z pełnym zobowiązaniem do praktykowania – a my, ludzie z Zachodu przyjmowaliśmy je. Braliśmy te uprawnienia i przyjmowaliśmy te zobowiązania sądząc, że zawsze je utrzymamy. A kiedy popatrzymy tylko dziesięć lat później – nie mówiąc już o dwudziestu, trzydziestu, czterdziestu latach później – to iluż ludzi faktycznie je utrzymało i nadal je spełnia? Zaledwie garstka. A nawet przyjmując je w tamtym czasie wiele osób musiało naprawdę zmagać się z wykonywaniem codziennej praktyki, gdyż odchodzili od niej… Rano byli zbyt zajęci. Myśleli sobie: „Rano nie jest dla mnie dobrym czasem”. Zostawiali to na noc, i wtedy mieli dwie lub trzy godziny praktyki do wykonania. Zasypiali podczas praktykowania, siedząc z opadającą głową, i przejście przez tę rzecz zajmowało im pół nocy. I stawało się to torturą. A więc jest to duży problem.

Jeśli zamierzamy podjąć zobowiązania co do praktyki, bądźmy w tym realistyczni – co faktycznie możemy zrobić. A te zobowiązania co do praktyki są bardzo poważne, kiedy mówi się o robieniu czegoś codziennie przez resztę życia. A dlaczego chcemy robić to codziennie przez resztę życia? Ponieważ poważnie podchodzimy do uzyskania wyzwolenia i oświecenia. I rozumiemy podstawową metodę tantry – to jest bardzo ważne. Jego Świątobliwość zawsze podkreśla, że jeśli chcemy angażować się w tantrę, to powinniśmy to robić w oparciu o podstawę rozumienia czym jest tantra, oraz zaufania w skuteczność tej metody. W przeciwnym razie po co byśmy to robili? Zwłaszcza gdybyśmy sądzili, że obejmuje ona tylko jakieś dziwaczne wizualizacje i mamrotanie mantr, to po krótkim czasie zaczęło by to wydawać się nam niedorzeczne i porzucilibyśmy praktykę: „Po co ja to robię”? Ważne więc jest rzeczywiście rozważyć czy możemy wypełnić dane zobowiązanie, czy nie.

I na koniec nieporozumieniem co do praktyki tantry jest uznawanie jej ledwie za recytowanie rytuału czy powtarzanie mantry. Bez mocnego medytowania nad bodhiczittą i pustką możemy pojmować to w taki właśnie błędny sposób: Po prostu wykonuję ten rytuał, po prostu recytuję „Bla bla bla bla bla…”. Próbujemy wizualizować – przez większość czasu nie jesteśmy w stanie wizualizować, to jest zbyt złożone. Więc wykonujemy najprostsze wersje i myślimy, że w oparciu o to coś się rzeczywiście wydarzy. I bardzo często staje się to jedynie ucieczką w krainę fantazji, nie będąc rzeczywiście skuteczną metodą łączenia wszystkich nauk.

Tantra jest sposobem łączenia wszystkich nauk, tak więc w scenariuszu danego rytuału – w tym punkcie wzbudzamy cztery niezmierzone postawy, w tym punkcie schronienia, w tym punkcie bodhiczittę, w tym punkcie potwierdzamy ślubowania, w tym punkcie (wiele, wiele punktów) medytujemy nad pustką – w różnych punktach scenariusza wzbudzamy różne aspekty rozumienia Dharmy i urzeczywistnienia. Jeśli więc nie praktykowaliśmy wcześniej tych metod, to co robimy, gdy scenariusz odwołuje się do nich w kilku słowach: “Teraz posiadamy zrozumienie pustki”? Wtedy po prostu tylko recytujemy słowa. A samo recytowanie słów niczego nie sprawi. Praktyka tantry wymaga więc zaplecza w postaci znacznego przygotowania. Błędem jest sądzić, że to będzie jedynie „Bla bla bla” z jakąś recytacją – którą tak czy inaczej robi się przeważnie błądząc gdzieś umysłem.

Zakończenie

Tak więc to są niektóre z nieporozumień, jakie przyszły mi na myśl gdy się nad tym zastanawiałem. Moglibyśmy z pewnością wymienić o wiele, wiele więcej. Jak mówię, wiele nieporozumień wynika po prostu ze złożoności materii, zwłaszcza co do błędnego pojmowania pustki, nie rozumienia różnych systemów założeń itd. Jednym z punktów dotyczących Dharmy jest to: wszystko, czego nauczał Budda miało na celu pożytek innych. Jeśli więc bierzemy to poważnie, to staramy się pojąć cel tego wszystkiego – cel dowolnej części tego. Jeśli nie rozumiemy, pytajmy, badajmy. Pójdźmy za metodami Dharmy.

Jeśli istnieją jakieś blokady mentalne, to sposobem przezwyciężenia tych przeszkód mentalnych czy emocjonalnych jest zbudowanie większej pozytywnej siły. Pisma mówią o tym bardzo jasno, więc powinniśmy brać to na poważnie. Nieporozumieniem jest nie brać tego poważnie. Nie rozumiemy czegoś. Wykonujmy więc, przykładowo, często praktykę Mandźuśriego. I nie oznacza to jedynie “Bla bla bla” z mantrą, lecz z przejrzystą wizualizacją i wyobrażaniem sobie, że nasz umysł staje się coraz bardziej jasny, ze światłami przychodzącymi do nas w tej wizualizacji, co pomaga nam wyobrażać to sobie w sposób obrazowy. Ustanawia to bardzo silną wolę uczynienia umysłu jeszcze jaśniejszym, inspiruje to nas do jeszcze większej przejrzystości umysłu. Może to być wspaniałą pomocą. A jedynie parcie, parcie, parcie i parcie bez polegania na metodach Dharmy dla przezwyciężenia tych przeszkód i blokad rzadko kiedy pomaga. I może to wymagać wiele wysiłku.

Zwykle uważałem część swoich podróży – byłem zapraszany do nauczania w wielu miejscach – za odosobnienie bodhiczitty. W pewnym sensie grzęzłem w czymś, co akurat pisałem czy tłumaczyłem i wtedy jechałem w trasę czy coś w tym rodzaju. Dzięki temu – w sensie współdziałania z innymi, próbowania szczodrego dzielenia się naukami z innymi itd. – budowałem określoną ilość pozytywnej siły i po powrocie mój umysł był na tyle jaśniejszy, że byłem w stanie przezwyciężyć wcześniej blokady. Spróbujcie więc patrzeć na rzeczy w taki sposób.

Takie są w każdym razie niektóre z moich przemyśleń. Być może macie jakieś pytania.

Pytanie o odnoszenie się do nauk wydających się magią

Pytanie:Czasami to, co obiecuje się kiedy zrobimy, to czy tamto, brzmi bardzo magicznie. Jak czytamy w jakimś tekście o przyjmowaniu schronień: jesteśmy chronieni przed istotami ludzkimi, istotami innymi niż ludzkie i wszelkimi rzeczami, jakie się wydarzają. Albo praktykujemy tę mantrę i oczyszcza się czterdzieści tysięcy eonów. Więc brzmi to jak bajka. A, np. co do schronień – zawsze zadaję sobie pytanie: co to oznacza, kiedy wstaję rano, by przyjąć schronienia? Czy to jest po prostu znowu zdobywanie tego, czego pragnę w życiu – że pragnę zmierzać ku oświeceniu – czy może jest to jedynie jakiś magiczny miecz, który sobie tworzę?

Alex: Twoje pytanie dotyka dwóch punktów. Jeden z nich mówi: w jaki sposób odnosimy się do niektórych z nauk brzmiących bardzo magicznie? Takich jak to, że jeśli przyjmujemy schronienia to jesteśmy ochraniani przed ludźmi i istotami innymi od ludzi. A schronienie w danym buddzie oczyszcza negatywną siłę przez czterdzieści tysięcy eonów, a w tamtym buddzie przez trzydzieści pięć tysięcy, a znowu w tym pięćset pięćdziesiąt sześć tysięcy – ja tylko zmyślam te liczby – w związku z trzydziestoma pięcioma tak zwanymi Buddami Wyznania, itd. I zastanawiamy się, skąd oni wytrzasnęli te liczby? I jak my się mamy do nich odnosić? Brzmią one jak magia.

Co było drugim aspektem Twojego pytania?

Uczestnik: Dotyczyło schronień. Kiedy przyjmuję je rano …

Alex: A, tak. Czy kiedy rano przyjmujemy schronienia wnosi to rzeczywiście ten kierunek do naszego życia – Buddhę, Dharmę i Sanghę – czy też to, co mówimy jest znowu rodzajem jakiejś magicznej formuły?

Tak więc jak już mówiłem, magiczne formuły są w rzeczywistości nie zrozumieniem nauk. Mam na myśli to, że magiczne znaczy prawie jakby rzeczy działy się bez żadnego powodu, a to z pewnością nie jest uznawane przez logikę buddyjską – że jakiś skutek może się pojawić bez jakiejś przyczyny. Nie mamy więc tu żadnej magii. Jeśli co rano potwierdzamy swój kierunek, bezpieczny kierunek i schronienia, ustanawia to rzeczywiście silną intencję dla tego, co zrobimy ze swoim dniem. Jest to podkreślane w bardzo wielu naukach. Ma więc to określoną wartość.

Pytanie: To o to tu chodzi?

Alex: To o to tu chodzi.

I ochrania to nas przed tą krzywdą i przed tamtą krzywdą – gdyż kiedy osiągamy wyzwolenie, trzecią i czwartą szlachetną prawdę, to wtedy wychodzimy z samsary, a więc nie doświadczamy już żadnego cierpienia. Tak więc w porządku, możemy to rozumieć w ten sposób.

Ale co do tych liczb, to muszę wyznać, że bardzo trudno mi przyjmować je dosłownie. I nie przywiązuję do nich dużej uwagi. Czy wybieram sobie coś dowolnie co do tych nauk? Nie wiem. Przyjmuję to bardziej w takim sensie – wykonywanie czegoś takiego ma wielką moc. Recytowanie tego – jak mówi się w niektórych sutrach mahajany – już samo recytowanie imienia tego bodhisattwy rozbudowuje nieskończoną zasługę bardzo wielu eonów itd. A więc w porządku, recytujmy to czy cokolwiek, lecz nie mogę sobie wyobrazić, że to po prostu … Nawet jeśli to stwarza wrażenie, że samo recytowanie wystarczy, to rzeczywiście kwestionuję przyjmowanie tego tylko dosłownie. Sądzę, że potrzebne jest tu pewne zrozumienie tego, co dany bodhisattwa zrobił, aby stać się bodhisattwą. Również ich imiona faktycznie coś znaczą. A więc samo recytowanie ich imion w sanskrycie czy po tybetańsku nie wiedząc, co one oznaczają, jest problematyczne. A co do liczb, to tak jak mówię – osobiście nie przywiązuję do nich dużo uwagi. Jest bez znaczenia, czy to jest trzydzieści pięć tysięcy czy czterdzieści pięć tysięcy eonów. Nie twierdzę, że to jest głupie. Byłoby to poniżaniem nauk, to z pewnością nie byłoby nic pozytywnego. Lecz nie postrzegam tego jako zasadniczej części danej nauki – z ilu eonów nas ona oczyszcza.

Znowu więc trzeba użyć czegoś, co mamy w mahajanie, a mianowicie podziału nauk na interpretowalne i na ostateczne. Interpretowalne oznacza dosłownie te nauki, które prowadzą nas do głębszego rozumienia, zaś ostateczne są tym, do czego nas prowadzą. Tak więc te ostateczne dotyczą pustki, najgłębszego zrozumienia pustki, zaś wszystkie pozostałe mają nas do tego doprowadzić. Dlatego mówienie, że to buduje trzydzieści pięć tysięcy eonów pozytywnej siły a tamto czterdzieści pięć, jak sądzę po prostu zachęca nas do rozbudowywania pozytywnej siły prowadzącej do głębszego zrozumienia. Przyjmuję więc to na takim poziomie. I nie myślę o tym w kategoriach magicznych.

Poruszasz tu bardzo dobry punkt. Albowiem wielu lamów kładło nacisk na czytanie niektórych sutr, recytowanie ich, co jest oczywiście rzeczą pozytywną: Sutrę złotego światła, itp. I w nich właśnie znajdujemy te urywki, do których nie łatwo się odnieść.

Uczestnik: Zakręćmy młynkiem, by uleczyło nas to z raka.

Alex: No właśnie; sądzę, że mówienie: “Obracaj młynkiem modlitewnym i to cię uleczy z raka” jest trochę naiwne. Trochę naiwne.

Uczestnik: Brzmi to jak jakaś magia. Czy posiadamy jakiś młynek modlitewny lub …

Alex: Ależ to nie jest tak bardzo magią. Mam na myśli, znacie ten dowcip? „Żebym wygrał na loterii. Żebym tylko wygrał na loterii…” modlimy się do Buddy czy do Boga. A Bóg czy Budda czy ktokolwiek inny pojawia się i mówi: „Kupże wreszcie los!”

Musimy więc zbudować przyczynę. I jeśli rozbudowujemy przyczyny w sensie pozytywnej siły itd. – ten młynek modlitewny może nam pomóc w budowaniu bardziej pozytywnej, optymistycznej postawy, co pomaga wzmocnić układ odpornościowy, itd. Jednak sam z siebie z pewnością nie może uleczyć nas z raka. To jest naiwne.

Uczestnik: Czasami tak to właśnie wygląda.

Alex: Tak to właśnie wygląda, ale to jest nieporozumienie, jak sądzę, kiedy wszystko przyjmujemy absolutnie dosłownie. Chociaż niektórzy ludzie tak właśnie robią. Lecz nauki mają głębsze znaczenia. “Nie polegaj na nauczycielu, lecz polegaj na jego słowach. Nie polegaj tylko na słowach, lecz na ich znaczeniu. Nie tylko na ich znaczeniu, lecz na ich ostatecznym znaczeniu – do czego one prowadzą”. Mamy więc te cztery rodzaje polegania.

Czy są jakieś inne pytania?

Pytanie o przypominanie Buddom, żeby nam pomagali

Uczestnik: Kiedy recytujemy jakąś modlitwę jest tam czasem jedno czy dwa zdania mówiące: “Prosimy ochraniajcie nas Buddowie. Pamiętajcie o ślubach, które złożyliście i ochraniajcie nas, i róbcie coś dobrego dla nas”. Zawsze wtedy myślę, że to musi być jakaś pomyłka bądź niewłaściwy sposób wyrażenia tego w naszym języku itp. Ponieważ uważam, że jest rzeczą obraźliwą przypominanie jakiemuś buddzie o jego ślubach. On wie, co ślubował. Nie rozumiem więc czemu zawsze czynimy buddom te przypomnienia.

Alex: A więc ona mówi, że w niektórych modlitwach przypomina się buddom, by “pamiętali o swych ślubach ochraniania nas”. Osobiście nie znam takich tekstów skierowanych ku buddom. Zwykle kieruje się je do tak zwanych opiekunów związanych przysięgą. A są oni zwykle rozmaitymi duchami okiełznanymi przez Guru Rinpocze czy kogoś innego, które przysięgły ochraniać nauki i praktykujących.

Uczestnik: Jest tak również w sadhanie Buddy Medycyny.

Alex: W porządku. A więc jest tak w sadhanie Buddy Medycyny – której nie znam dobrze – że przypominamy temu Buddzie o jego ślubie pomagania innym w ich chorobie. A Twoim pytaniem jest: po co potrzebujemy mu przypominać. To jest taka sama rzecz jak to – dlaczego musimy prosić Buddów o cokolwiek? Oni przecież i tak to zrobią.

Jest więc to sprawą czynienia nas samych bardziej otwartymi na przyjmowanie oraz w pewnym sensie przypominania sobie samym, że oni ślubowali te rzeczy i złożyli te przysięgi, byśmy przyjmowali trochę bardziej pozytywną postawę wzmacniającą nasz układ odpornościowy. Chociaż nie jest to tradycyjnie w ten sposób wyjaśniane w tekstach, to tak to właśnie działa.

Uczestnik: Czy to może być również sprawa przekładu?

Alex: Czy to może być sprawa przekładu? Nie wiem. Musiałbym zobaczyć ten tekst.

Pytanie o niewłaściwe zachowania seksualne

Pytanie: Istnieje ślub dotyczący niewłaściwych zachowań seksualnych. Dla mnie niewłaściwe zachowania seksualne zawsze stanowiły wielką zagadkę. Co naprawdę jest niewłaściwym zachowaniem seksualnym? Co obejmują te śluby, a czego nie obejmują?

Alex: To jest bardzo trudne pytanie, bardzo ważne pytanie dotyczące niewłaściwych zachowań seksualnych czy niewłaściwego prowadzenia się w sprawach seksu. Co to faktycznie obejmuje i dlaczego? Kiedy patrzymy na ewoluowanie objaśniania tego ślubowania, albo choćby tylko na objaśnianie dziesięciu tak zwanych “nieprawych” działań związanych z niewłaściwym zachowaniem się w sprawach seksu to stwierdzamy, że historycznie ujmując wyszczególnia się coraz to więcej rzeczy. Zaczynając od literatury palijskiej i przechodząc potem do innej literatury indyjskiej, wylicza się tu szczegółowo coraz więcej rzeczy, a potem przejmują to Tybetańczycy. I nie jest tak, że to narasta w jakiś zbiorczy sposób, niektóre komentarze w Indiach dodają jedne rzeczy a inne dodają inne rzeczy, a potem Tybetańczycy biorą różne fragmenty i łączą je w różnych ujęciach, w rozmaitych tekstach.

Staje się to więc trudnym zagadnieniem, nieprawdaż? Ponieważ można by – mam na myśli to, że wiele dyskutowałem na ten temat z tybetańskimi gesze. Więc można by zapytać, czyż nie są to rzeczy, które zostały dopisane później i których nie było tam pierwotnie? Pierwotnie był to zasadniczo po prostu stosunek seksualny z jakimś niewłaściwym partnerem – kimś pozostającym pod kontrolą czy opieką kogoś innego, czy to męża, rodzica czy kogoś podobnego. I było to wyszczególniane tylko pod kątem heteroseksualnych mężczyzn. Jeśli chodzi o kobiety – nie było to wyszczególniane pod kątem praktykujących kobiet. Dlatego, oczywiście, trzeba było to rozwijać.

Tak więc wynika z tego, że jeśli jakieś rzeczy zostały dodane, to czy nie można by dodać czegoś więcej, zaś niektóre rzeczy usunąć? Czy to jest coś uwarunkowane kulturowo? Gesze mówili, że zasadniczo, jeśli coś nie zostało wyszczególnione w jakiejś wcześniejszej wersji nie oznacza to wcale, że nie było takiego zamiaru. Oznacza to, że jedynie później wyszczególniono to, co się przez to rozumiało. Skąd wiedziano że coś takiego przez to rozumiano? To jest oczywiście inna kwestia. Lecz przyjmijmy, że to są wielkie urzeczywistnione istoty i wiedzą, co sprowadza cierpienie. Sednem jest minimalizowanie cierpienia, które powodujemy sobie pod wpływem tęsknego pożądania, przeszkadzających emocji itd.

Jeden z gesze, Gesze Łangczen wyjaśnił to w bardzo, bardzo ładny sposób. Jest on wychowawcą Ling’a Rinpocze, reinkarnacji starszego wychowawcy Jego Świątobliwości. On wyjaśnił, że tymi ślubowaniami dotyczącymi niewłaściwego prowadzenia się seksualnego chcemy ustanowić jakąś granicę. A jak wspominałem w swoim wykładzie, jako cel stawiamy sobie uwolnienie się spod władzy biologii. Tak więc ostatecznie potrzebujemy przezwyciężyć wszelką seksualność. Nie oznacza to, że musimy stać się mnichami i mniszkami natychmiast. Ale jako arhat czy budda z pewnością nie będziemy wdawać się w seks i nie będziemy posiadać tego rodzaju ciała, które miałoby hormony popychające nas do stosunku płciowego. Tak więc, czy się nam to podoba, czy nie, jest to na koniec część pakietu stania się wyzwoloną albo oświeconą istotą.

Pytaniem jest, czy chcemy ustanawiać jakieś granice swoich zachowań seksualnych z zamiarem ostatecznego przezwyciężenia popędu seksualnego? A ślubowania właśnie ustanawiają te granice. Tak więc jeśli w ramach określonej tradycji te granice są zakreślane w taki to a taki sposób, jak wyszczególnia się to w jakimś tekście – no to to są właśnie te granice. I jak powiedziałem, jeśli nie możemy dotrzymać tych granic, to w porządku, nikt nas nie zmusza do przestrzegania tych granic. Dlatego ustanawiamy inną granicę. Sednem jest ustanowienie jakiejś granicy – no dobrze, nie będę sobie dogadzać absolutnie dowolnym zachowaniem seksualnym, poddając się dowolnemu popędowi płciowemu, jaki pojawi się w moim umyśle, jak jakiś pies, lecz będę w jakimś stopniu panować nad sobą. Nie będę po prostu na ślepo działać pod wpływem hormonów i żądzy. Taka jest intencja ślubu – że to pokonamy, bez względu na wszystko. Z seksem zawsze wiąże się pewien aspekt żądzy i przywiązania, bez względu na to co mówimy, bez względu na to ile tu jest miłości. To więc jest intencją tych ślubów.

Co więc jest faktycznie wyszczególnione w ślubowaniach? Musielibyśmy przeczytać dany tekst. Tekst z naszej linii przekazu. On to właśnie wyszczególnia. Czy tylko z tego powodu, że on czegoś nie wyszczególnia – powiedzmy, że nie mówi, iż stosunek płciowy ze zwierzęciem jest niewłaściwy – czy to oznacza, że jest w porządku odbywanie seks ze zwierzętami? Z jakąś owcą? Nie. Samo to, że tekst o tym nie mówi nie znaczy, że to jest w porządku. Tak więc trzeba to analizować nieco głębiej. Tekst nigdy nie mówi o niewierności wobec własnego partnera – mówi jedynie o stosunku płciowym z czyimś partnerem – czy to oznacza, że taka niewierność jest w porządku?

To zagadnienie etyki seksualnej staje się bardzo złożone i bardzo trudne. Ponieważ mówi ona, że prostytucja jest w porządku tak długo, jak za to płacimy, nawet jeśli jesteśmy w małżeństwie. A to nie zgadza się z naszą zachodnią etyką. Czy możemy więc dodać do niej rzeczy czyniące prostytucję niewłaściwą? Albowiem z pewnością z zachodniego punktu widzenia byłoby ona czymś niewłaściwym. Ja sam uważam że tak. Uważam, że potrzeba rozumieć ogólnego ducha danego ślubu. Tak więc czy jest to uwarunkowane kulturowo? Jak np. ta rzecz o prostytucji? Bardzo trudno na to odpowiedzieć. Bardzo trudno.

Sądzę jednak, że jeśli ma się złożyć dany ślub, to trzeba przeczytać to, co jest wyszczególnione w tekście jako ślub. I czy będziemy w stanie wszystkiego z tego dotrzymać? A jeśli nie będziemy, to, jak powiadam, złóżmy jedną z tych obietnic pośredniej kategorii, że będziemy unikać określonych aspektów tego. I to będzie w porządku, będziemy szczerzy nie będąc hipokrytami. Sądzę, że to właśnie hipokryzja powoduje tu problemy. Przyjmujemy ślubowanie, lecz zamierzamy dotrzymywać tylko jego części. Ponieważ wtedy bez wątpienia pojawi się poczucie winy, a na koniec poczujemy się jak hipokryci. Jest to zasadniczo tworzenie własnej wersji ślubu. Jeśli więc zamierzamy stworzyć swoją własną wersję, to nie nazywajmy tego ślubem – w sensie granic. Sądzę jednak, że jest bardzo ważne, by posiadać określone granice zachowań seksualnych oznaczające, że nie będziemy się zachowywać po prostu jak jakiś pies. Nastawiamy się na wyrwanie się z pod panowania tego, gdyż to jedynie napędza karmę, odradzanie się itp., oraz cierpienie.

To jest trudne. To jest coś, o co jako ludzie z Zachodu często się targujemy. Jak na wschodnim targu, na indyjskim rynku, by dostać dobrą cenę, wytargować coś.

Uczestnik: W pewnym sensie wdawanie się w seks oznacza bycie winnym. Ponieważ robimy coś, co nie prowadzi ku oświeceniu, czy czemuś podobnemu …

Alex: No tak. Ale znowu, poczucie winy, myślenie, że seks jest brudny, to nie jest ścieżka ku oświeceniu itd. To może się pojawiać. Ale znowu, jak powiedziałem na samym początku, to pojawia się z niezrozumienia etyki. Myśleć, że to są prawa i musimy ich przestrzegać, a jeśli ich nie przestrzegamy, to jesteśmy źli i że seks sam w sobie jest czymś brudnym… Mam na myśli to, że to nie sam stosunek płciowy stanowi problem. Problemem jest stan umysłu. A stan umysłu znajduje się tu pod wpływem tęsknego pożądania i przywiązania, bez względu na ilość towarzyszącej temu miłości. Często ona jest jedynie wymówką, usprawiedliwieniem.

Zawsze radzę,: jeśli mamy wdawać się w seks, to po prostu wdawajmy się w seks. Nie róbmy z tego wielkiej sprawy, ale nie dajmy się zbytnio złapać przez żądzę i przesadzać z tym. „Jesteśmy samsarycznymi istotami. Mamy te cielesne funkcje i tak się właśnie dzieje, lecz jako cel obieramy coś lepszego”. Nie jest tak, że to jest złe.

Prowadzi to do całego zagadnienia wyrzeczenia się i zdecydowania się być wolnym, tego pośredniego etapu, który jest bardzo trudny – pośredniego zakresu lam-rim. Na etapie początkowym pragniemy drogocennego ludzkiego odrodzenia. Ale potem na etapie pośrednim, przyglądamy się wszystkim wadom, jakie nawet to drogocenne ludzkie odrodzenie posiada. Że nawet jeśli mamy to drogocenne ludzkie odrodzenie, to mamy cały ten okres bycia niemowlęciem, który jest dość bezużyteczny, cały okres bycia osobą starą i otępiałą, który jest mało użyteczny. Jest też choroba. Jest też frustracja. Jesteśmy pod wpływem hormonów. Wszystkie tego rodzaju wady – te śmieci, ten bagaż towarzyszący ludzkiemu odrodzeniu. Chcemy więc to przezwyciężyć i osiągnąć oświecenie, lecz nie mniej potrzebujemy do tego pojazdu w postaci tego cennego ludzkiego odrodzenia.

Sednem jest więc, żeby nie przesadzać z kładzeniem na to nacisku oraz nie postrzegać tego w niewłaściwych kategoriach – uznając coś zasadniczo brudnego i pełnego zamętu za piękne i bardzo cudowne itp. Nie wielbić ciała. A więc biorąc pod uwagę fakt, że posiadamy takie ciało, musimy jeść, musimy spać, musimy je myć, oraz istnieją tu określone funkcje płciowe. I jeśli nie jesteśmy na tym poziomie zaangażowania, by zostać mnichem czy mniszką, wtedy w porządku, będziemy wdawać się w seks. Nie, żeby to było złe. Nie, żebyśmy czuli się winni z tego powodu. Lecz używamy tego jako gruntu dla zakreślenia granic. A więc to, że stawiamy granice swoim zachowaniom seksualnym… Tak samo jak moglibyśmy postawić granice temu, ile jemy i nie być kompletną świnią i nie tuczyć się i stać otyli, podobnie możemy również postawić granice zachowaniom seksualnym – jako określone rzeczy, od których się powstrzymujemy. Ponieważ widzimy, że jest to po prostu pożądanie. Tak więc w ten sposób nie czujemy się winni w kwestii seksu.

Jest to bardzo delikatna sprawa dla nas ludzi z Zachodu, zwłaszcza przychodzących z różnych tradycji, które albo uznają seks za coś brudnego, albo uznają go za coś najlepszego na świecie – że podczas doskonałego orgazmu możemy doznać oświecenia. Zajmując się więc zagadnieniem seksu stąpamy po bardzo niepewnym gruncie. Lecz jak powiedziałem, jeśli będziemy wdawać się w seks, to nie róbmy z niego wielkiej sprawy. Nie przesadzajmy z tym. Nie róbmy z tego problemu. Jest czym jest. Niczym więcej. W porządku?

Zakończymy więc w tym miejscu dedykacją. Pomyślmy, aby wszelkie zrozumienie, wszelka pozytywna siła powstała z tego spotkania, wnikała coraz to głębiej i działała jako przyczyna osiągnięcia oświecenia dla dobra wszystkich.