Archiwa Berzina

Buddyjskie archiwa dr. Alexandra Berzina

Wyświetl w trybie przyjaznym dla niewidomych. Skocz do nawigacji

Strona główna > Spotkanie z buddyzmem > Wstęp do buddyzmu > Podejście do buddyzmu – zejście z obłoków na ziemię > Sesja szósta: Dwie kolejne kwestie – przejście na buddyzm a szczęście

Podejście do buddyzmu – zejście z obłoków na ziemię

Alexander Berzin
Monachium, Niemcy, czerwiec 1996
[Transkrypcja z niewielkimi poprawkami redakcyjnymi]
Tłumaczenie na polski: Milena Bianga

Sesja szósta: Dwie kolejne kwestie – przejście na buddyzm a szczęście

Przejście na buddyzm

Mówiliśmy o niektórych trudnościach, jakie ma wiele osób pracujących z buddyzmem. Zobaczyliśmy, jak ważne jest, abyśmy mieli realistyczną postawę. Jedna z rad, jaką J. Ś. Dalajlama ciągle powtarza ludziom Zachodu w odniesieniu do tej kwestii, brzmi: do zmiany religii podchodźcie bardzo ostrożnie. Jego rada prowadzi do zastanowienia się nad tym, czy wejście na ścieżkę buddyjską oznacza, że zmieniliśmy religię, nawróciliśmy się i teraz zamiast nosić na szyi krzyż, nosimy czerwony sznureczek?

Myślę, że na wielu poziomach traktowanie zobowiązania się do podążania ścieżką buddyjską w kategoriach nawrócenia się nie jest zbyt pomocne. Oczywiście, gdy mówimy, że nawróciliśmy się na buddyzm, to bardzo mocno wyklucza to tych, którzy są związani z tradycją naszego urodzenia – niezależnie od tego, czy to chrześcijaństwo, judaizm czy islam, którego zwłaszcza to dotyczy. Nawrócenie się z rodzimej religii na inną nie spotyka się z wielkim entuzjazmem ze strony naszej rodziny czy społeczeństwa, prawda? Inni postrzegają to jako akt ich osobistego odrzucenia. Z tego względu J. Ś. Dalajlama zawsze mówi, że powinniśmy podchodzić do całej tej kwestii ostrożnie i z dużą delikatnością – myślę, że jest to zrozumiałe z psychologicznego punktu widzenia, nie tylko z perspektywy rodziny czy społeczeństwa.

To bardzo ważne, aby umieć zintegrować całe życie w taki sposób, aby wszystkie jego części pasowały do siebie harmonijnie. Dzięki temu będziemy w stanie pogodzić się z całą historią naszego życia. Zintegrowane spojrzenie na nasze życie pozwala nam osiągnąć większą równowagę. Czasem, kiedy ludzie przechodzą na inną religię, to zdarza się, że przyjmują bardzo negatywną postawę wobec tego, co poprzednio robili. W zrozumieniu tego pomocny jest pewien znany w psychologii mechanizm. Jest to podstawowa ludzka potrzeba bycia lojalnym wobec swoich przodków, rodziny czy pochodzenia, której zaspokojenie pozwala zachować poczucie własnej wartości. Ten popęd, aby lojalnością udowodnić jakoś swoją własną wartość, jest często nieświadomy. Jeśli zanegujemy wszelkie pozytywne aspekty naszej przeszłości – czy to religię, czy rodzinę, czy narodowość – to wówczas nieświadomie nadal jest w nas ta potrzeba bycia lojalnym wobec naszej przeszłości i nieświadomie stajemy się lojalni wobec jej negatywnych aspektów. To jest destrukcyjna forma lojalności.

Destrukcyjne formy lojalności

Dobrym przykładem destrukcyjnej formy lojalności jest doświadczenie, jakie mieli niektórzy ludzie w dawnych Niemczech Wschodnich. W tej całej sytuacji, w której Niemcy Wschodnie zostały zintegrowane z Niemcami Zachodnimi, kultura polityczna Niemiec Wschodnich została odrzucona i uznana za „złą” i „negatywną”. Wszystko to, co pochodziło z poprzedniego systemu, zostało wyrzucone na śmietnik, a ludzie pozostali z okropnym uczuciem, że byli głupi i zmarnowali całe swoje życie na coś negatywnego – zwłaszcza jeśli byli politycznie aktywni i wspierali państwo. To postawiło ich w bardzo trudnej psychologicznie sytuacji.

Co się wtedy stało? Niektórzy ludzie z Niemczech Wschodnich nieświadomie mieli potrzebę lojalności wobec swojej przeszłości, aby zachować trochę poczucia własnej wartości, byli więc lojalni wobec jej negatywnych aspektów, takich jak totalitaryzm. Stąd wywodzą się takie zjawiska jaki ruchy skinheadów i neonazistów. Neonazizm cechuje silna nienawiść do obcokrajowców oraz gloryfikacja siebie i swojej rasy. Ten rodzaj lojalności polegającej na nietolerowaniu outsiderów był bardzo charakterystyczny dla części społeczeństwa Niemiec Wschodnich. Z drugiej strony, jeśli jesteśmy w stanie wskazać i uznać pozytywne aspekty swojej przeszłości, to pozwala nam to zachować wobec nich lojalność, a to z kolei umożliwia znacznie lepsze zintegrowanie całego ich życia. Poza tym w społeczeństwie Niemiec Wschodnich istniało wiele pozytywnych aspektów. Jednym z nich były serdeczne relacje, które mieli niektórzy ludzie – ci, którzy potrafili współczuć innym i ufać sobie nawzajem. Ponieważ byli tak bardzo kontrolowani z zewnątrz, to kiedy znajdowali się w bezpiecznym środowisku przyjaciół, mogli wchodzić w tego typu ciepłe relacje. To było bardzo pozytywne.

Ten sam problem destrukcyjnych form lojalności często pojawia się, gdy zmieniamy religię. Jeśli po prostu myślimy: „Ta poprzednia religia, którą wyznawałem, była głupia i straszna”, a potem wskakujemy w coś nowego, na przykład w buddyzm, to wówczas nieświadomie zazwyczaj pozostaje w nas ten popęd, aby być lojalnym wobec przeszłości. W takich przypadkach pozostajemy lojalni raczej w stosunku do negatywnych, a nie do pozytywnych rzeczy. Na przykład, jeśli wychowywaliśmy się w chrześcijaństwie, może okazać się, że staliśmy się dość dogmatyczni lub bardzo boimy się piekieł i tego, co powinniśmy i czego nie powinniśmy robić, a czasem mamy też bardzo sekciarską postawę. Aby tego uniknąć, bardzo ważne jest uznanie pozytywnych aspektów naszej rodzimej religii, religii naszej rodziny, jak również pozytywnych rzeczy w naszej kulturze – pozytywnych aspektów bycia Niemcem, Włochem, Amerykaninem czy kimkolwiek innym.

Są oczywiście w chrześcijaństwie niezwykle pozytywne rzeczy – nacisk na miłość i dobroczynność, a zwłaszcza pomaganie biednym, chorym i potrzebującym. Jest to niesamowicie pozytywne. Nie ma nic sprzecznego między tym a praktyką buddyjską. W pewnym sensie możemy być jednocześnie chrześcijanami i buddystami, ponieważ nie ma konieczności porzucania pozytywnych aspektów naszego chrześcijańskiego pochodzenia. To, czy uważamy się za buddystę, czy nie, moim zdaniem nie jest tak naprawdę problemem w buddyzmie. Nigdy nie było to problemem, inaczej niż w średniowiecznej Europie, kiedy to kwestia „Jaka jest twoja religia?” była kluczowa i musieliśmy odpowiadać się przed inkwizycją.

Pozycja świeckich buddystów w tradycyjnym społeczeństwie indyjskim

Myślę, że możemy to zobaczyć na przykładzie starożytnych Indii. W starożytnych Indiach, gdzie powstał buddyzm, nie istniał zbyt jasny podział na buddystów i hinduistów. Mamy takie błędne przekonanie, że buddyzm w Indiach nie miał cech kastowości i że Budda był przeciwko systemowi kastowemu. Jednak tak było jedynie w społeczności mnisiej. Wśród mnichów i mniszek nie było kast, ale to nie dotyczyło świeckich wyznawców Buddy. Na ruinach murów starożytnych klasztorów buddyjskich można spotkać inskrypcje, które brzmią na przykład tak: „Tę sumę pieniędzy ofiarował klasztorowi bramin taki to a taki”. Te inskrypcje zawsze zdradzały, do jakiej kasty należała osoba świecka, która była patronem. To jasno wskazuje, że świeccy buddyści nie tworzyli społeczności odrębnej od hinduistycznej – byli jej częścią. To oznacza, że w Indiach nie było osobnych buddyjskich ceremonii ślubnych itd. Świeccy buddyści w Indiach w tych kwestiach przestrzegali zwyczajów hinduistycznych.

Miało to swoje zalety i swoje wady. Zaletą było to, że zasadniczo wszyscy w Indiach byli częścią zintegrowanego społeczeństwa i każdy przestrzegał zasad swojej własnej szkoły i miał nauczyciela duchowego. Tak więc to, czy ktoś należał do szkoły buddyjskiej albo tej czy innej formy hinduizmu, nie miało wielkiego znaczenia, ponieważ społeczeństwo harmonijnie przyjmowało każdego, nikt nie musiał określać się w zdecydowany sposób: „Jestem hinduistą” albo „Jestem buddystą”. Oczywiście, jeśli ktoś stał się mnichem albo mniszką, to było to zdecydowanym zobowiązaniem się do przyłączenia się do osobnej społeczności. To co innego. Mówimy o miejscu ludzi świeckich w tradycyjnych Indiach.

Wadą tej sytuacji było to, że gdy klasztory buddyjskie przestały działać w Indiach, większość buddystów została z łatwością wchłonięta przez hinduizm, zwłaszcza że hinduizm uznawał Buddę za formę Wisznu, ich boga. Było więc bardzo łatwo jednocześnie być oddanym Buddzie i być doskonałym hinduistą.

Podążanie ścieżką buddyjską a chodzenie do kościoła

Oczywiście potrzebujemy równowagi, aby nie popadać ani w skrajność trywializowania buddyzmu, ani w skrajność: „Przeszedłem na buddyzm i teraz nie wolno mi już nigdy pójść do kościoła”. Tak naprawdę powinniśmy zastanowić się nad pytaniem: „Co to znaczy przejść ceremonię schronienia i czy to oznacza stanie się buddystą w sensie konwersji chrześcijańskiej, takiej jak chrzest?”

Wierzę, że duchowa ścieżka, którą podążamy, musi być czymś dość prywatnym. Chodzenie z brudnymi, czerwonymi sznureczkami na szyi, zwłaszcza jeśli mamy ich ze trzydzieści, sprawia, że wyglądamy dość dziwnie – trochę jak Afrykanin z Ubangi z tymi wszystkimi metalowymi zwojami wokół szyi. Jeśli chcemy mieć przy sobie te sznureczki, możemy je nosić w jakimś osobistym miejscu, na przykład w portfelu itd. Nie ma konieczności obnoszenia się z tym, co robimy. Nie ma też powodu, abyśmy czuli, że nie wolno nam chodzić do kościoła albo że zagraża to w jakiś sposób naszemu zaangażowaniu w buddyzm.

Często, gdy ktoś zwraca się ku buddyzmowi, na początku przyjmuje postawę obronną. Dzieje się tak dlatego, że jest niepewny i jeszcze nie czuje się komfortowo w związku z tym przejściem. Chcąc zatem usprawiedliwić nasz wybór ścieżki duchowej, mamy psychiczne poczucie: „Nie mogę chodzić do kościoła i nie mogę myśleć pozytywnie o czymkolwiek z mojej przeszłości”. To wielki błąd. Oczywiście, jeśli szczerze podążamy buddyjską ścieżką duchową, musimy zaangażować w nią całą naszą energię. To jednak nie jest w sprzeczności z praktykowaniem chrześcijańskiej miłości, braniem przykładu z takich wielkich postaci chrześcijaństwa jak Matka Teresa i podejmowaniem prób służenia potrzebującym w taki sposób, w jaki ona to robiła. To absolutnie nie jest sprzeczne ze ścieżką buddyjską. Jakże mogłoby być?

Jeśli praktykujemy medytację i różne inne rodzaje treningu buddyjskiego, to nie ma powodu, abyśmy czuli się niekomfortowo, idąc do kościoła, gdy pojawi się okazja, która wydaje się tego wymagać. Nie ma problemu. A kiedy już pójdziemy do kościoła w takiej sytuacji, to nie będzie pomocne, jeśli będziemy tam po prostu siedzieć w poczuciu zagrożenia i powtarzać mantry przez cały czas, aby się ochronić. Jeśli idziemy do kościoła jako osoba praktykująca buddyzm, to nie ma nic złego w braniu udziału w obrzędach. Tym, co jest ważne, jest nasza postawa podczas całego doświadczenia związanego z pobytem w kościele.

Oczywiście w każdej formie zorganizowanej religii znajdziemy rzeczy atrakcyjne i rzeczy, które takie nie są. Jeśli zatem znajdziemy się w sytuacji, w której nasza rodzina powie: „To szczególne święto, chodźmy do kościoła, jest Boże Narodzenie (czy jakiekolwiek inne ważne święto)”, a my wówczas odpowiemy: „Nie pójdę z wami do kościoła, bo jestem buddystą”, to oni mogą się poczuć naprawdę obrażeni. Potraktują to jako osobiste odrzucenie. Tak więc lepiej jest pójść w Boże Narodzenie na mszę razem z rodziną. Zamiast skupiać się na rzeczach, które być może w przeszłości denerwowały nas w chrześcijaństwie i które być może krytykowaliśmy, skoncentrujmy się na pozytywnych rzeczach, ponieważ one też tam są. Dzięki temu wewnętrznie, psychicznie poczujemy się znacznie bardziej zintegrowaną osobą. Pogodzimy się z naszą własną osobistą historią. To naprawdę bardzo pomocne.

Szczęście

Kwestia odnalezienia w spokoju w sobie prowadzi nas do tematu: „Jakie miejsce w buddyzmie zajmuje szczęście?” Myślę, że dla wielu osób dopiero wstępujących na ścieżkę buddyjską, zwłaszcza jeśli ich rodzima religia kładła nacisk na to, że wszyscy jesteśmy grzesznikami, bardzo ważną kwestią jest pytanie: „Czy mam prawo do szczęścia?” Nauki buddyjskie mówią, że wszystko jest cierpieniem i że możemy umrzeć w każdej chwili i dlatego nie powinniśmy marnować czasu. Z tego względu często czujemy, że nie wolno nam iść do kina, zrelaksować się czy zabawić. To wielkie nieporozumienie. Musimy najpierw przyjrzeć się definicji szczęścia i zrozumieć, czym jest szczęście. Niektórzy ludzie nawet nie wiedzą, że są szczęśliwi i czym jest szczęście. Muszą pytać o to innych: „Jak sądzisz, czy ja wyglądam na szczęśliwą osobę?”

W buddyzmie jest kilka definicji szczęścia. Podstawowa definicja mówi, że szczęście to uczucie, które dojrzewa w wyniku pozytywnych, konstruktywnych działań. To dojrzewanie pozytywnej karmy. Jeśli tak brzmi definicja szczęścia, to oczywiście jako buddyści chcemy być konstruktywni, aby na skutek tego doświadczać szczęścia. Dzięki praktyce buddyjskiej szczególnie staramy się być pozytywni i konstruktywni, dlatego oczywiście w efekcie doświadczymy szczęścia i mamy „prawo” go doświadczyć. Nie może być tak, że buddyzm mówi, iż nie wolno nam być szczęśliwymi. Gdyby szczęście nie było dozwolone w buddyzmie, wówczas buddyści postępowaliby destrukcyjnie przez cały czas, bo to z pewnością doprowadziłoby do tego, że nigdy nie byliby szczęśliwi!

Poza tym jedną z podstawowych nauk w buddyzmie jest to, że wszyscy chcą być szczęśliwi i nikt nie chce być nieszczęśliwy. Skoro tak jest, a my z miłością życzymy wszystkim szczęścia i pracujemy nad tym, aby przynosić wszystkim szczęście, to oczywiście życzymy także szczęścia sami sobie i pracujemy nad tym, aby również sobie przynieść szczęście.

Szczęście jest też definiowane jako uczucie, które, kiedy już powstanie, to chcielibyśmy, aby trwało, a kiedy odejdzie, chcielibyśmy, aby wróciło, jednak robimy to bez lgnięcia do niego. Zasadniczo szczęście odczuwa się jako coś przyjemnego.

Kontrowersyjne kwestie dotyczące szczęścia

Dezorientacja dotycząca kwestii szczęścia wydaje się dotyczyć dwóch punktów. Jednym z nich jest to, że doświadczanie szczęścia musi być związane z jakimś dramatycznym uczuciem. Inny punkt, który powoduje pomieszanie, odnosi się do tego, jaką formę powinno przybrać szczęście, abyśmy mogli zakwalifikować je jako szczęście. Ten drugi punkt wiąże się z pytaniem, co właściwie jest źródłem szczęścia?

Po pierwsze, szczęście nie musi być czymś dramatycznym, aby liczyło się jako szczęście. Często wydaje nam się, że jakieś uczucie musi być naprawdę silne, aby w ogóle istniało. Mamy do tego taki hollywoodzki stosunek. Jeśli jakaś pozytywna emocja jest mało intensywna, to film nie jest dobry – nie jest to dobre widowisko. Musi więc być naprawdę silna, może nawet w tle powinna być odgrywana dramatyczna muzyka. Jednak nie o to chodzi. Jak już mówiłem, szczęście to uczucie, które odczuwamy jako coś miłego, co chcielibyśmy, aby trwało – to coś bardzo przyjemnego. Szczęście nie musi być czymś, co – jak mieszkańcy Ameryki Łacińskiej czy Włosi – wyrażamy za pomocą bardzo demonstracyjnych i entuzjastycznych okrzyków: „Hurra! Wow! Fantastycznie!”

Jeśli chodzi o ten drugi punkt, pamiętajmy, że kiedy mówimy o odczuwaniu poziomu szczęścia lub nieszczęścia, to jest to sposób, w jaki doświadczamy dojrzewania karmy – sposób, w jaki doświadczamy rzeczy w życiu. Pytanie brzmi: w jakiej formie doświadczamy szczęścia? Czy postać, jaką przybiera szczęście, ma coś wspólnego z tym, że jesteśmy zabawiani, rozśmieszani, odciągani od naszego monotonnego życia? Czy musimy bawić się, aby dane uczucie można było zakwalifikować jako szczęście? A na jeszcze bardziej podstawowym poziomie można sobie zadać pytanie: czy robienie czegoś dla zabawy jest źródłem szczęścia?

Zabawa

Zabawa to bardzo interesujące słowo. Jest bardzo trudne do zdefiniowania. Kiedyś pojechałem wraz ze swoim nauczycielem Serkongiem Rinpoczem do Holandii. Ludzie, u których mieszkaliśmy, mieli bardzo dużą prywatną łódź – jacht. Pewnego dnia zaproponowali nam, że wezmą nas na przejażdżkę tą łodzią, abyśmy się mogli „dobrze się bawić”. Ich łódź znajdowała się na bardzo, bardzo małym jeziorze – bardzo duża łódź na bardzo małym jeziorze. Na tym niewielkim jeziorku było jeszcze wiele innych dużych i małych łodzi. Wypłynęliśmy i zrobiliśmy rundkę wokół jeziorka razem z innymi łodziami, co przypominało przejażdżkę w wesołym miasteczku, gdzie dzieci jeżdżą w kółku małymi samochodzikami. Tak to wyglądało. Po krótkiej chwili Rinpocze odwrócił się do mnie i zapytał po tybetańsku: „Czy oni to nazywają »zabawą«?”

Chodzi mi o to: jeśli spojrzymy na szczęście w kategoriach przyczyny i skutku, to co jest przyczyną bycia szczęśliwym? Z buddyjskiego punktu widzenia przyczyną szczęścia jest konstruktywne zachowanie. Nie jest nią wychodzenie z domu i robienie dla „zabawy” czegoś niepoważnego, co ma nam przynieść szczęście. Możemy wyjść z domu i zrobić coś, co społeczeństwo nazywa „zabawą”, jak na przykład przejażdżka tą łodzią albo pójście do kina czy na przyjęcie itd., i czuć się przy tym bardzo nieszczęśliwymi. Z drugiej strony, możemy siedzieć w pracy w biurze i odczuwać wielkie szczęście i zadowolenie. Jeśli więc zgromadziliśmy przyczyny szczęścia, którymi są konstruktywne zachowania, to wówczas będziemy doświadczać szczęścia w dowolnej sytuacji, niekoniecznie tylko w momentach, które tradycyjnie są nazywane „zabawą”.

Możemy wybierać, co zrobimy i jak spędzimy czas, możemy zdecydować, że będziemy pracować, relaksować się, uprawiać sport, pływać itd. Jednak myślę, że bardzo ważne jest, abyśmy mieli jasne zrozumienie tego, jakim źródłem szczęścia będzie ta czynność. Możemy wybrać, że pójdziemy popływać albo będziemy pracować, zgodnie z kryterium „Chcę to zrobić, aby poczuć szczęście”, ale sądzę, że możemy użyć też innych kryteriów. Te inne kryteria mogłyby być takie: „Pracowałem bardzo ciężko. Jestem bardzo zmęczony i, abym mógł być bardziej pomocny dla siebie i innych, będzie lepiej, gdy się teraz zrelaksuję – to będzie bardziej produktywne. Dalsza praca nie jest już produktywna”. Można tu zastosować następującą metaforę: koń musi równieź wychodzić na pastwisko i paść się, nie może ciągle biec.

Życie jest ciężkie – o tym mówi Pierwsza Szlachetna Prawda. Trudno jest mieć ciało takie jak to. Nie jest ono w stanie wiecznie pracować przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Musimy się relaksować, musimy spać, musimy jeść. Nie ma powodu, aby czuć się z tego powodu winnym. Już zajmowaliśmy się kwestią winy, gdy mówiliśmy o akceptowaniu faktu, że życie jest trudne. To fakt, że życie jest pełne różnego rodzaju problemów. Jeśli zaakceptujemy ten fakt, wówczas nie będziemy się czuli winni z jego powodu. Ale jeśli mamy pomysł: „Teraz chcę się bawić” i wymuszamy na sobie bawienie się, co ma nam przynieść szczęście, to zazwyczaj to nie działa. Jeśli nie oczekujemy, że pójście do kina czy na basen lub do restauracji uczyni nas szczęśliwymi albo że uczestniczenie w tego rodzaju rozrywce oznacza, że jesteśmy szczęśliwi, to wówczas nie będziemy rozczarowani. Jednak jest dość prawdopodobne, że te działania mogą pomóc nam naładować baterie w tym sensie, że dadzą nam więcej energii i pomogą się zrelaksować. Mogą się do tego przyczynić – ale tylko mogą, nie mamy gwarancji, że tak się stanie. To, czy jesteśmy szczęśliwi podczas takich aktywności, czy nie – to już inna kwestia. Poza tym jeśli podczas ich wykonywania doświadczamy pewnego poziomu szczęścia, to niekoniecznie musi to być superintensywne doświadczenie w gorącym, latynoskim sensie.

To jest prawda nie tylko w kontekście chodzenia do kina czy pływania, bardzo pomocne będzie również pamiętanie o tym w odniesieniu do naszych związków z innymi ludźmi – do naszych przyjaźni i relaksu razem z innymi. Niektórzy ludzie myślą, że kiedy idą odwiedzić przyjaciela, to muszą „robić coś” wspólnie: muszą wyjść i zabawić się razem, robiąc coś. Nie potrafią docenić niższego poziomu szczęścia i zadowolenia, jakie daje po prostu bycie z przyjacielem, bez względu na to, co z nim robią. Mogą nawet pójść wspólnie do supermarketu i kupować artykuły spożywcze albo zrobić pranie. Uważam, że ten punkt jest dość użyteczny, i myślę, że ogólnie bardzo pomocne jest rozważenie tego, czy jesteśmy w stanie odpuścić sobie te dziwne oczekiwania co tego, czym jest szczęście, i poczucie winy z nim związane.

Rozpoznawanie poziomu szczęścia, który odczuwamy

Posłużmy się teraz samoobserwacją. Usiądźmy i po prostu doświadczmy bycia tutaj i spróbujmy zauważyć, jakie mamy uczucia. „Uczucie” jest tutaj zdefiniowane zgodnie z buddyjską definicją drugiego z pięciu agregatów – jako sposób doświadczania tego, co widzimy, co słyszymy, co myślimy itd. w kategoriach następujących zmiennych: szczęśliwy, nieszczęśliwy lub neutralny. Spróbujcie to rozpoznać i zidentyfikować. Nie mówimy tu o odczuciu gorąca, zimna czy o innym odczuciu fizycznym, takim jak przyjemność czy ból. Chodzi tu o poziom szczęścia czy nieszczęścia, który towarzyszy dowolnej fizycznej lub psychicznej aktywności w sensie doświadczania tego jako czegoś miłego albo niezbyt miłego.

Na przykład miło mi patrzeć na kwiaty w tym wazonie. Spójrzcie na te kwiaty. Jak się czujecie? Jak tego widoku doświadczacie? Spróbujcie zidentyfikować i rozpoznać uczucie pewnego poziomu szczęścia, którego doświadczacie, gdy patrzycie na te kwiaty lub na te obrazki na ścianie, albo spójrzcie na zewnątrz i popatrzcie na drzewa – jaki poziom szczęścia odczuwacie? Spróbujmy rozpoznać, że tak naprawdę odczuwamy dużo szczęścia. Nie jest to superintensywne doświadczenie w stylu latynoskim, ale czujemy szczęście.

Zaobserwujcie, proszę, jakie to uczucie. I zapamiętajcie, że szczęście to uczucie, które, gdy powstanie, chcielibyśmy kontynuować, a gdy odejdzie, chcielibyśmy, aby wróciło. Natomiast nieszczęście to uczucie, które, gdy go doświadczamy, chcielibyśmy, aby się skończyło, chcemy, aby odeszło.

[pauza]

Myślę, że taka praktyka nie musi być ćwiczeniem wykonywanym podczas formalnej sesji medytacyjnej. To raczej coś, co możemy robić w dowolnym momencie, aby coraz bardziej zauważać, że przez wiele czasu jesteśmy naprawdę szczęśliwi. I nie chodzi tu o sytuację: „Nie mam uczuć”, jak niektórzy z nas mogliby myśleć.

Czy są jakieś komentarze?

Uczestnik: (tłumacz) To było dla niego trudne – przełączyć się ze słuchania wykładu, co było procesem dość aktywnym, na odczuwanie tego, co się dzieje. On czuł się nieco na siłę wrzucony w ten proces obserwowania. Tego ranka, kiedy szedł przez park, miał takie uczucie wielkiej otwartości: „ Tak, wszystko jest OK i jestem całkiem szczęśliwy”. I to zdarzyło się całkiem naturalnie.

Alex: Myślę, że bardzo ważnym punktem jest zdolność rozpoznawania, że stale mamy uczucia, niezależnie od tego, czy robimy coś co jest, naszym zdaniem, bardzo relaksujące, czy też coś bardzo intensywnego. Czasem za bardzo tkwimy w naszych głowach i nie rozpoznajemy, że tak naprawdę naszemu sposobowi doświadczania wszystkiego towarzyszy pewna jakość i że ta jakość to poczucie szczęścia lub nieszczęścia. To się zdarza cały czas. To jest ważne, ponieważ zbyt często przyjmujemy skrajną postawę „biednego ja” i „Nie jestem szczęśliwy, chcę się bawić. Nie chcę tkwić w tym nudnym biurze” i narzekamy na wiele różnych rzeczy. Jednak tak naprawdę możemy doświadczyć tego, że podczas stania w okropnym korku możemy mieć wewnętrzne, pełne spokoju uczucie szczęścia i zadowolenia. Pamiętajcie, szczęście nie musi przejawiać się dramatycznie.

Uczestnik: Czy nie istnieje różnica między tym, co dzieje się w naszej głowie, a tym, co w naszym sercu? Tybetańczycy zawsze wskazują okolicę serca, gdy mówią o uczuciach.

Alex: Tybetańczycy wskazują to miejsce także wtedy, gdy mówią o myśleniu. Z tybetańskiego punktu widzenia intelektualne, emocjonalne i uczuciowe aspekty naszego doświadczania rzeczy pochodzą z jednego miejsca i oni umiejscawiają je w sercu. Tak naprawdę nie ma znaczenia, gdzie się te aspekty lokalizuje. Są one postrzegane jako całość a nie jako dychotomia ciało/umysł czy intelekt/uczucia, który to podział często stosuje się na Zachodzie. Tak więc możemy być szczęśliwi w tym samym czasie, gdy jesteśmy intelektualnie bardzo w coś zaangażowani. Jak już mówiłem, to bardzo ważne, aby umieć to rozpoznawać, zwłaszcza w naszych relacjach z innymi. Czasami myślimy: „ Muszę być zakochany, aby naprawdę być szczęśliwym” w sensie doświadczeń podobnych do tych z okresu nastoletniości. Tymczasem uczucie szczęścia bycia w miłosnej relacji z kimś może mieć niski poziom intensywności, ale mimo to nadal może być niezwykle satysfakcjonujące.