Archiwa Berzina

Buddyjskie archiwa dr. Alexandra Berzina

Wyświetl w trybie przyjaznym dla niewidomych. Skocz do nawigacji

Strona główna > Spotkanie z buddyzmem > Wstęp do buddyzmu > Rady dotyczące praktykowania buddyzmu na Zachodzie

Rady dotyczące praktykowania buddyzmu na Zachodzie

Alexander Berzin
Moskwa, Rosja, listopad 2005 r.
przekład na język polski: Zbigniew Becker

Jak trafiłem do buddyzmu

Sasza poprosił mnie, żebym dziś wieczór mówił o buddyzmie na Zachodzie i zaczął od opowiedzenia nieco o sobie, w celu wprowadzenia do tego, jak trafiłem do buddyzmu, jako sposób zobrazowania buddyzmu na Zachodzie.

Urodziłem się w Stanach Zjednoczonych w New Jersey w 1944 roku i już w bardzo młodym wieku interesowałem się rzeczami związanym z Azją. Mając lat trzynaście zacząłem razem z przyjacielem ćwiczyć jogę i czytałem wszystko, co było dostępne na temat buddyzmu po angielsku w latach pięćdziesiątych, a nie było tego wtedy zbyt wiele. Potem na uniwersytecie, chociaż zacząłem już studiować chemię, wybrałem jako przedmiot kultury Azji. Miałem wtedy 17 lat, a wykład mówił o tym, jak buddyzm przechodził w Azji z jednej cywilizacji do drugiej i w jaki sposób był dostosowywany i przekładany na każdą kulturę. Po wysłuchaniu tego wykładu wszystko stało się dla mnie jasne: to było właśnie to, co chciałem robić. I robię to od tamtej pory, pracując nad całym tym procesem przekształcania i przynoszenia buddyzmu – w tym przypadku do nietradycyjnych społeczeństw poza Azją. Zmieniłem wtedy zasadniczo kierunek studiów i zacząłem studiować chiński, co doprowadziło mnie do japońskiego, co doprowadziło do sanskrytu, co z kolei doprowadziło mnie do tybetańskiego.

To wszystko działo się zanim jeszcze na Zachodzie powstały ośrodki Dharmy, a więc bardzo różniło się to od sytuacji dzisiejszej. Sądzę, że w tamtym czasie Dharma przyciągała ludzi przede wszystkim z powodów karmicznych i to się po prostu pojawiało z powodu przeszłej karmy – tylko tak można to opisać. Spotkałem Gesze Łangjala, wielkiego kałmuckiego mongolskiego lamę, który przebywał w Stanach Zjednoczonych mniej więcej w tym czasie, kiedy zacząłem studiować tybetański. Mój uniwersytet nie był jednak położony zbyt blisko miejsca, gdzie on mieszkał, mogłem więc tylko odwiedzać go od czasu do czasu, ale nie miałem tak naprawdę sposobności studiowania u niego.

We wszystkich moich zajęciach na Harvardzie brał udział Robert Thurman. Bardzo się przyjaźniliśmy. On był w Indiach u Jego Świątobliwości Dalajlamy i opowiedział mi o Tybetańczykach oraz o tym, że istniała możliwość pojechania tam i studiowania u nich. Złożyłem więc wniosek o stypendium z Fundacji Fulbright’a, które umożliwia studiowanie w obcych krajach i pojechałem do Indii w celu przeprowadzenia badań związanych z moją rozprawą doktorską. To było w roku 1969 i miałem wtedy 24 lata.

W tamtym czasie na uniwersytetach i gdzie indziej na Zachodzie panowało takie podejście, że buddyzm tybetański jest czymś martwym. Był postrzegany na równi ze starożytną egiptologią. Zawsze zastanawiałem się, jakby to mogło być, gdyby myśleć w kategoriach nauk buddyjskich. Kiedy jednak pojechałem do Indii i wkrótce po przyjeździe spotkałem się z Jego Świątobliwością Dalajlamą, to szybko przekonałem się, że coś takiego istniało naprawdę. Buddyzm był nadal czymś żywym i w rzeczy samej nadal można było go praktykować. Byli tam ludzie, którzy naprawdę wiedzieli, co znaczą te teksty; nie byli jak profesorowie na uniwersytetach, którzy zasadniczo zgadywali ich znaczenie, jak przy rozwiązywaniu krzyżówki w gazecie. Zacząłem więc praktykować medytację i uczyć się u jednego z nauczycieli – Gesze Ngałang Dhargjej’a. Kilka lat później Jego Świątobliwość Dalajlama zbudował w Dharamsali Bibliotekę Tybetańską i poprosił Gesze Ngałang Dhargjej’a, by ten uczył tam ludzi z Zachodu, zaś ja spytałem, czy mógłbym mu przy tym pomagać. Jego Świątobliwość odpowiedział: „Tak, ale najpierw wróć i obroń doktorat, uzyskaj stopień naukowy, a dopiero potem tu wróć”. Wróciłem więc na Harvard, złożyłem i obroniłem swoją rozprawę doktorską, odpowiedziałem: „Dziękuję, nie” na propozycję pracy nauczycielskiej, jaką znaleźli dla mnie na innym uniwersytecie i powróciłem do Indii. Oczywiście wszyscy moi profesorowie uważali, że bezwzględnie zwariowałem.

Żyłem w Indiach przez 29 lat, pracując z Tybetańczykami, pomagając w stworzeniu Biura Tłumaczeń przy Bibliotece. Studiowałem przede wszystkim u Serkonga Rinpocze, jednego z nauczycieli Jego Świątobliwości. Miałem ogromne szczęście, że uczył mnie w sposób bardzo tradycyjny – jak średniowiecznego czeladnika. Chodzi o to, że rozpoznał, że mieliśmy w tej kwestii karmiczną więź i po prostu zaczął szkolić mnie od samego początku na swojego tłumacza, żebym ostatecznie był w stanie tłumaczyć Jego Świątobliwość Dalajlamę. Byłem więc sekretarzem Rinpoczego w sprawach języka angielskiego oraz jego uczniem i tłumaczem, podróżowałem z nim dookoła świata i właściwie miałem niewiarygodną sposobność przebywania z nim przez dziewięć lat, zanim odszedł.

A potem on odszedł i ludzie z całego świata zaczęli mnie zapraszać, żebym również nauczał, a w tym czasie robiłem już tłumaczenia dla Jego Świątobliwości Dalajlamy. Pomagałem przy wielu projektach Jego Świątobliwości na całym świecie, przy różnych przygotowaniach i napisałem wiele książek. Potem zdecydowałem, że w celu stworzenia dużej strony internetowej, którą teraz już mam oraz pisania kolejnych książek i łatwiejszego komunikowania się, lepiej będzie przenieść się na Zachód, i tak przeprowadziłem się do Berlina w Niemczech.

Mieszkam tam od ostatnich siedmiu lat i trochę uczę. Przede wszystkim jednak pracuję nad tą rozbudowaną stroną internetową, www.berzinarchives.com, ponieważ mam około trzydziestu tysięcy stron rękopisów, rzeczy napisanych i przetłumaczonych przez siebie, i nie chcę, żeby wylądowały one na śmietniku, kiedy umrę. Teksty te również przekładamy na inne języki: rosyjski, mongolski, niemiecki itd. i niebawem również te przekłady udostępnimy online.

Tak więc to właśnie robię i robiłem. Nie sądzę, żeby to był szczególnie typowy przypadek tego, jak ludzie z Zachodu zaczynają zajmować się buddyzmem i jak w związku z tym toczy się ich życie. Ja jednak zawsze widziałem swoją pozycję jako bycie takim mostem. Żeby być mostem, musisz mieć dwa fundamenty – po jednym na każdym brzegu tej rzeki czy czegoś, nad czym ten most się rozpina. Mam jeden fundament na Zachodzie, a mogłem też jeździć do wielu krajów na całym świecie, poznając rozmaite kultury z obszarów, w których ludzie interesują się buddyzmem – gdzie chcieliby, żeby on trafił. Mam więc jeden fundament w tych krajach, do których jeżdżę, ale mam też drugi fundament – bardzo mocno osadzony w Tybetańczykach i w tradycyjnej kulturze buddyjskiej.

Rozumienie tradycyjnej kultury tybetańskiej

Sądzę, że po to, żebyśmy jako ludzie z Zachodu mogli zająć się buddyzmem – zwłaszcza buddyzmem tybetańskim – jest bardzo ważne, żebyśmy w jakimś stopniu rozumieli tę tradycyjną kulturę, z której on pochodzi. Ponieważ bez zrozumienia kontekstu, w którym buddyzm powstał i z którego do nas przychodzi, a zwłaszcza bez rozumienia kultury przybywających do nas tybetańskich lamów, wystawiamy się na ogromną ilość nieporozumień. To, co zrobiłem, jak widać, to zasadniczo wpasowałem się w tradycyjną kulturę tybetańską.

Jaka była tradycyjna rola cudzoziemca, który przychodził do kultury tybetańskiej i chciał ją studiować? Była to rola tłumacza. Poprosiłem więc, żeby wykształcono mnie na tłumacza. Tybetańczycy wiedzieli, jak odnosić się do mnie w tej roli, a ponieważ ja ją uznałem i oni ją uznali, to wszystko zadziałało. Jeśli jednak nie wpasujemy się w pewien tradycyjny sposób myślenia, zwłaszcza na początku, to bardzo trudno jest naprawdę wejść w buddyzm. Dzisiaj uważam, że z pewnością nie ma potrzeby zaczynać od osobistego przyjmowania kultury tybetańskiej, czy kultury orientalnej, czy jakiejkolwiek tradycyjnej kultury azjatyckiej – wcale nie musimy małpować innej kultury. Nie musimy zmieniać pożywienia i zmieniać sposobu ubierania się, to z pewnością nie jest konieczne. Jeśli jednak przynajmniej zrozumiemy, skąd to wszystko pochodzi, to będzie w tym wszystkim mniej rzutowania rozmaitych wyobrażeń i mniej zamętu.

Tak więc w tradycyjnej kulturze tybetańskiej ludzie rodzą się w określonym zestawie przekonań kulturowych. Dlatego przyjmują za oczywistość rzeczy takie jak: karma, odradzanie się oraz istnienie oświeconych istot. Docenia się tam i wielce poważa wartość stania się mnichem czy mniszką. Jeśli chce się naprawdę studiować i praktykować buddyzm, to trzeba zostać mnichem czy mniszką. A kiedy zostaje się mnichem czy mniszką, to poświęca się absolutnie cały swój czas Dharmie – studiowaniu, praktykowaniu – oczywiście nie zaniedbując tego, że ktoś musi ugotować jedzenie i nazbierać drewna na opał, przynieść wody itd. Oczywiście trzeba również utrzymywać klasztor. Ale będąc mnichem czy mniszką nie musi się zdobywać pracy i utrzymywać rodziny – mężczyźni i kobiety przebywają oddzielnie.

Osoby świeckie nie mają tam zbyt wielu sposobności do studiowania buddyzmu. Laicy mogą, na przykład, udawać się gdzieś i odmawiać mantry, okrążając przy tym dane miejsce czci. Mogą wspierać klasztory i być może otrzymywać inicjacje na całe życie oraz podobne rzeczy, albo też zapraszać mnichów do swoich domostw celem odprawienia jakichś rytuałów. Wszyscy jednak uznają to, że jeśli naprawdę chce się studiować, to musi się poświęcić temu w pełnym wymiarze czasu i stać się mnichem czy mniszką. W pełni się to uznaje. Kiedy więc zapraszamy jakiegoś tradycyjnego mnicha z jakiejś społeczności tybetańskiej, to z takiego środowiska kulturowego pprzybywa.

Zachodnia perspektywa kulturowa

My zaś jesteśmy tu – na Zachodzie – i niczego takiego nie mamy. Wyrośliśmy w rozmaitych kulturach i z pewnością nie wierzymy ani w odradzanie się – większość z nas – ani w karmę. Można by też powiedzieć, że wierzymy w karmę, ale po prostu zamieniamy ją w los – czym karma w ogóle nie jest. Ale czy naprawdę wierzymy w to, że istnieją oświecone istoty? Zaś niektórzy z nas, kiedy myślimy, że istnieje jakiś Budda, mogą mylić Buddę z Bogiem – czym on bez wątpienia nie jest. A kiedy natykamy się na figury np. Czenreziga czy Tary oraz podobne figury Buddy, to wiele osób na Zachodzie robi z nich świętych – a więc to jest Święta Tara i Święty Czenrezig i składamy im modlitwy oraz światło świec, jak gdyby byli ikonami w kościele.

Z pewnością większość z nas nie chce zostawać mnichami czy mniszkami . W rzeczy samej ludzie na Zachodzie nie wydają się bardzo poważać tych członków społeczeństw zachodnich, którzy zostają mnichami i mniszkami, wielka to szkoda. W gruncie rzeczy to jest bardzo dziwne, ale tutaj wszystko ulega odwróceniu. W ośrodkach Dharmy na Zachodzie, gdzie przebywają mnisi i mniszki, zamiast tego, żeby usługiwali im i pomagali ludzie świeccy, to właśnie mnisi i mniszki stają się służącymi dla ludzi świeckich i właściwie prowadzą hotel dla osób świeckich przybywających na weekendowe odosobnienia. I zamiast mnisi i mniszki brać udział w otrzymywaniu nauk, ci mnisi i mniszki muszą zostawać na zewnątrz, zbierać opłaty i zajmować się sprawnym prowadzeniem całej administracji.

Jako osoby świeckie z pewnością spodziewamy się, że będziemy mogli w dużym stopniu skupiać się na studiowaniu, praktykowaniu i otrzymywaniu nauk. Jest jednak wielki kłopot z tym, że nie mamy na to czasu. Jesteśmy bardzo zajęci. Niektórzy z nas pracują, niektórzy chodzą do szkoły, inni mają rodziny. A jeśli przychodzimy po pracy, to jesteśmy zmęczeni i żeby się tu dostać, musimy przebijać się przez ogromne korki uliczne, jak na przykład tu w Moskwie. I nawet jeśli chcemy słuchać i uczyć się, to kiedy przychodzimy wieczorem na nauki jesteśmy tak bardzo zmęczeni, że zasypiamy. Być może możemy poświęcić na to jeden czy najwyżej dwa wieczory w tygodniu, ale nie więcej. Mamy inne zobowiązania. Tak więc, to jest naprawdę duży problem.

Podchodzenie do praktyki Dharmy z realistycznymi oczekiwaniami

Wiele też zależy od tego, czego, realistycznie rzecz biorąc, oczekujemy. Nie jest łatwo przełknąć tę pigułkę, ale praktykowanie Dharmy dotyczy zasadniczo pracy z własną osobowością i usiłowania wyzbycia się swoich negatywnych nawyków, takich jak egoizm, gniew, chciwość – tego rodzaju paskudnych rzeczy. Jego Świątobliwość Dalajlama nazywa je „podżegaczami”. To właśnie one sprawiają najwięcej problemów nam i innym. Zaś praktykowanie Dharmy wiąże się z ćwiczeniem siebie w kierunku rozwijania lepszych i bardziej konstruktywnych, pozytywnych nawyków. Trudność z przełknięciem tej pigułki polega na tym, że bardzo ciężko jest to osiągnąć. Egoizm i gniew nie znikają ot tak, po pójściu na parę wykładów raz w tygodniu i posiedzeniu codziennie nawet przez pół godziny czy godzinę, co dla większości z nas jest bardzo długim czasem przeznaczonym na siedzenie i próby medytowania czy praktykowania. Własne negatywne nawyki nie odchodzą tak łatwo. Kiedy więc na Zachodzie przychodzimy do Dharmy, to ważne jest, jak sądzę, żeby utrzymywać realistyczną postawę.

Wielu ludzi przychodzi do buddyzmu z powodów niezbyt sprzyjających rozwojowi. Niektórzy przychodzą, gdyż taka jest moda, taki jest najnowsza moda. Lecz tak samo jak moda w świecie strojów, to się zmienia co rok czy dwa, a więc nie jest to zbyt trwały powód dołączania do buddyzmu. Inni ludzie przychodzą do buddyzmu zwabieni egzotyką, rzeczami prawdziwie egzotycznymi i odległymi, takimi jak poszukiwanie latających spodków. Przeczytali jakieś dziwne opowiadania, mówiące o tym, jak to Tybetańczycy wiercą ludziom w czole otwór dla otwarcia trzeciego oka itd., a ich pociągają właśnie takie rzeczy.

Tłumaczyłem kiedyś w Nowym Jorku tybetańskiego lamę Neczung’a Rinpocze. Na widowni był ktoś, kto wyglądał tak, jakby był pod wpływem jakiegoś narkotyku, wstał i zadał pytanie. Powiedział: „Rozumiem, że Atlantyda jest pod ziemią a latające spodki tam się właśnie znajdują i wylatują ze środka ziemi poprzez wulkany i chciałbym zapytać, czy ziemia jest pusta w środku? Lama popatrzył na niego bardzo, ale to bardzo poważnie i odpowiedział: „Nie, ziemia tak naprawdę jest płaska i kwadratowa, następne pytanie”. Pomyślałem, że to była najzręczniejsza odpowiedź na to pytanie, gdyż była jeszcze dziwaczniejsza, niż ono samo. Jeśli poszukujemy egzotyki, to wkrótce bardzo się rozczarujemy, ponieważ mimo tego, że kultura tybetańska może bardzo różnić się od naszej w Europie, to nie ma w niej niczego tajemniczego.

Inni ludzie przychodzą do Dharmy, ponieważ zasadniczo są zdesperowani i poszukują jakiegoś cudownego uzdrowienia własnych problemów fizycznych czy emocjonalnych. A kiedy przychodzi się do kogoś z takimi właśnie oczekiwaniami i nadzieją, powstaje sprzyjająca sposobność, że się będzie wykorzystanym. W gruncie rzeczy ludzie przychodzą i mówią: „Lamo, lamo, daj mi po prostu te magiczne słowa, tę magiczną mantrę do powtarzania. Powiedz mi, a zrobię wszystko”! I często bardzo się nabierają. Ale nawet jeśli na początku przychodzimy z taką właśnie motywacją, to możemy ją zmienić. Wielu z nas przychodzi po prostu z ciekawości, bądź, jak w moim przypadku, z powodu jakiegoś karmicznego impulsu, który nieświadomie nas popycha ku temu.

Właściwa postawa i podejście do Dharmy

Jeśli zajrzymy w niektóre z tradycyjnych tekstów, to znajdziemy tam opisy właściwej postawy, najlepszej postawy, jaką powinien mieć ktoś chcący zwrócić się ku Dharmie i jej studiowaniu. Tak więc indyjski mistrz Arjadewa powiedział, że potencjalny uczeń powinien przede wszystkim być bezstronny. To oznacza wolność od z góry przyjętych założeń. Musi mieć otwarty umysł. Niezbyt pomaga przychodzenie z nastawieniem: „No więc już przeczytałem parę książek i wszystko już wiem, więc dajcie mi tylko trochę lukru, żebym dokończył przybieranie tortu”. Albo mając jakieś naprawdę dziwaczne wyobrażenia na temat buddyzmu i uważając, że to jest właśnie to, przejawiamy niechęć do słuchania czegokolwiek innego, co jest bardzo sekciarskim, czy wręcz kibolskim podejściem: „To będzie moja szkoła, moja tradycja, a wszystkie inne są niewłaściwe”. Tak więc zasadniczo chodzi tu o bezstronność, o otwartą postawę: „Przychodzę i chcę się nauczyć”.

Następnie Arjadewa mówi, że druga rzecz, jakiej potrzebujemy, to zdrowy rozsądek. Innymi słowy, musimy umieć dostrzec, co w naukach jest rozsądne, a co nierozsądne. Tradycyjnie podaje się tu przykład, że jeśli w jednym tekście czytamy, że powinno się nosić ciepłe ubranie, zaś w innym, że musimy nosić strój bardzo lekki – to zdrowy rozsądek podpowie nam, że zimą powinniśmy ubierać się ciepło, a latem lekko.

Celem buddyzmu jest pomóc nam myśleć samodzielnie. W buddyzmie nie mamy tego rodzaju podejścia, że nauczyciel mówi nam, co mamy robić, zaś my odpowiadamy „Tak jest”! i niczego w ogóle nie kwestionujemy. To nie jest podejście buddyjskie. Możemy przeczytać o wykształceniu nauczyciela duchowego, jak on się musi zachowywać itd. Kiedy następnie widzimy, jak ktoś rzekomo naucza, ale nie zachowuje się w taki należyty sposób, to zdrowy rozsądek podpowie nam, że coś tu jest nie tak. Wtedy pytamy i badamy, co się dzieje.

Trzecim wymogiem jest szczere zainteresowanie Dharmą. Co to oznacza? W tym celu możemy zajrzeć do innego tekstu, autorstwa tybetańskiego mistrza z tradycji sakja, wielkiego lamy imieniem Sonam-tsemo. Napisał on tekst pod tytułem Brama Dharmy i powiedział tam, że, aby wejść w Dharmę, potrzebujemy trzech rzeczy, co zasadniczo rozwija ten punkt Arjadewy. Musimy rozpoznać i przyjąć do wiadomości, że doznajemy cierpienia w swoim życiu. Innymi słowy, dlaczego interesujemy się Dharmą? Czy to jedynie z ciekawości, żeby móc opowiadać interesujące rzeczy przyjaciołom przy kawie? Czy może z tego powodu, że rozmyślaliśmy o swoim życiu i „rozpoznaję oraz przyznaję, że mam problemy, że jest mi ciężko – w sensie radzenia sobie z ludźmi, bo wpadam w gniew, bo rzeczy nie układają się po mojej myśli, bo nie radzę sobie z tym dobrze, bo ciężko mi idzie z moimi rodzicami, z własnym społeczeństwem.”

Najpierw więc musimy rozpoznać i uznać to wszystko. A potem szczerze zapragnąć wydostać się z tego – a nie tylko w możliwie najlepszy sposób się w tym umościć. Jest wiele różnych podejść w psychologii, które mówią: „No tak, życie jest ciężkie, twoje położenie jest trudne, więc po prostu naucz się z tym żyć i zbytnio nie narzekaj” – po prostu coś w rodzaju: „Bądź cicho i nie wpadaj w gniew”. Ale to nie jest celem buddyzmu. Chcemy się z tego wydostać!

Wtedy trzecią rzeczą – obok rozpoznania cierpienia i szczerego pragnienia wydostania się z niego – tą trzecią rzeczą jest jakaś znajomość Dharmy, dająca nam pewne przekonanie, że Dharma pokazuje nam drogę wyjścia z tego położenia. Musimy więc wiedzieć coś na temat Dharmy, żeby się nią zainteresować i interesujemy się nią pod kątem podążania za nią, jako sposobem na wydobycie się ze swoich kłopotów. Wtedy prawdziwie interesuje nas zastosowanie Dharmy we własnym życiu, co jest jedynym powodem dla zajmowania się nią.

Tego naprawdę dotyczy wyrzeczenie się. Nazywamy to „wyrzeczeniem się”. Zasadniczo wyrzekamy się, chcemy się pozbyć swojego cierpienia i jego przyczyn oraz chcemy je porzucić. Zwracamy się wtedy ku Dharmie, jako sposobowi, który ma nam w tym pomóc, bo tym zasadniczo są schronienia, nieprawdaż? Tego właśnie dotyczą schronienia. Schronienia nadają naszemu życiu taki właśnie kierunek.

Będąc więc ludźmi z Zachodu, którzy nie są w stanie poświęcić się w pełnym wymiarze praktykowaniu Dharmy, nie możemy stać się mnichami czy mniszkami i porzucić wszystkiego, gdyż nie mamy klasztorów, które wsparłyby nas finansowo. I nawet musząc radzić sobie z realiami pracy, szkoły, rodziny, korków ulicznych itd., to jeśli mimo tego spełniamy wszystkie te wymogi, które wymienili ci wielcy mistrzowie indyjscy i tybetańscy, to możemy bardzo skorzystać z Dharmy. Możemy przekonać się, że wielu rozmaitych mistrzów mówiło zasadniczo to samo.

Co do ilości czasu, jaki jesteśmy w stanie przeznaczyć na Dharmę, jest to głównie, jak sądzę, zależne od tego, ile rozumiemy. Praktykowanie Dharmy to nie jest tak naprawdę odkładanie sobie po pół godziny, czy ile tam czasu chcemy sobie na to przeznaczyć co dzień i po prostu siedzenie w ciszy, i recytowanie czegoś, a potem odpływanie w jakiś wyśniony świat. Wiele osób tak robi, ale to w gruncie rzeczy jest ucieczka. I choć to ich odpręża, co oczywiście pomaga, to nie rozumieją naprawdę, jak stosować Dharmę w codziennym życiu. Staje się to więc dla nich rodzajem schizofrenii – praktyka to jedno, zaś codzienne życie to drugie. Klasyczny przykładem jest sytuacja, kiedy ktoś medytuje i podchodzi do niego ktoś inny pytając o coś, zaś ta pierwsza osoba złości się i odpowiada: „Nie przeszkadzaj. Idź sobie. Właśnie medytuję nad miłością”!

Stosowanie Dharmy w codziennym życiu

Im bardziej jednak rozumiemy Dharmę, tym bardziej możemy pojmować, jak ją naprawdę stosować w codziennym życiu. Zaś stosowanie Dharmy w codziennym życiu wymaga przede wszystkim słuchania jej, uczenia się jej. Musimy teraz zrozumieć sposób, w jaki naucza się jej w buddyzmie. Jest to nieco zbliżone do próby układania układanki – tu dostajemy jakiś kawałeczek, tam jakiś inny, gdzieś jeszcze następny i jesteśmy odpowiedzialni, mamy za zadanie poskładanie ich w całość. A wszystkie te kawałki pasują do siebie na wiele rozmaitych sposobów, nie tylko w jeden sposób. Również życie jest bardzo złożone, a ponieważ życie jest złożone, to nauki Dharmy i jej praktyki są również bardzo głębokie, bardzo rozległe i bardzo złożone. Musimy więc słuchać wielu nauk czy czytać wiele książek i używać zdrowego rozsądku do składania tego w całość. I mieć otwarty umysł – jak powiedział Arjadewa – jeśli czegoś nie rozumiemy, to nie mówimy od razu: „To jest przecież głupie” i nie odrzucamy tego po prostu z takiego powodu, że tego nie rozumiemy. Podchodzimy w sposób otwarty: „Nie rozumiem tego, to wygląda na bardzo trudne” – powiedzmy, że dotyczy to nauk o krainach piekielnych, z którymi większość ludzi na Zachodzie nie chce naprawdę w ogóle mieć do czynienia – i mówimy: „No dobrze, nie rozumiem tego. Odłożę to na razie i być może później zrozumiem, o czym tu mówią”. Wiecie, te nauki o odradzaniu się i rozmaitych formach życia – bardzo trudno nam tu na Zachodzie się do tego odnosić. Ale to nie jest fair wobec tych nauk, kiedy po prostu mówimy: „Eee, to tylko takie tam psychologiczne stwierdzenia” lub „To jest głupie i można się bez tego obejść”.

Kiedy dostajemy jakieś kawałki tej układanki z wysłuchania nauk, to potem musimy się nad tym zastanowić. Cały proces zastanawiania się nad tym jest zasadniczo próbowaniem zrozumienia tego. Używamy do tego zdrowego rozsądku. A jeśli coś wydaje się naprawdę dziwne – to pytamy, zadajemy pytania. Jeśli, natomiast, nie ma dostępu do żadnego nauczyciela, to pytamy innych uczniów, czytamy więcej. Teraz z pewnością do bardzo wielu rzeczy można również dotrzeć w książkach i w internecie; kiedy byłem młody, nie było dostępu do niczego takiego. Teraz we współczesnym świecie mamy dostęp do mnóstwa rzeczy. Problem z internetem jest oczywiście taki, że jest tam również mnóstwo śmieci, tak więc musimy posługiwać się tu zdrowym rozsądkiem. A wszystko, co przedstawia buddyzm, jako rodzaj dziwacznego kultu, to najczęściej są śmieci. Po przeżyciu wśród Tybetańczyków dwudziestu dziewięciu lat mogę powiedzieć, że to nie są żadni mistyczni ludzie fruwający w powietrzu, ani nic podobnego. Są po prostu ludźmi, jak wszyscy inni. Wielu z nich jest niezwykle wysoko rozwiniętych – z pewnością mogę tak powiedzieć – ale nie latają w powietrzu i nie dokonują cudów.

Podchodzenie z otwartym umysłem

Podchodząc do buddyzmu musimy więc twardo stać na ziemi. Nawet jeśli jakieś formy, z którym spotkamy się studiując tradycyjny buddyzm tybetański, mogą być nam bardzo obce, nie oznacza to wcale, że są one magiczne i dziwaczne – są po prostu inne. Mój główny nauczyciel, Serkong Rinpocze, karcił mnie przez cały czas – w gruncie rzeczy była to dla mnie wielka pomoc. Pamiętam, jak kiedyś tłumaczyłem go, kiedy wyjaśniał sposób, w jaki Tybetańczycy wykonują działania matematyczne. Dodają i odejmują w inny sposób, niż to robimy na Zachodzie. Powiedziałem wtedy: „Ojej, to jest naprawdę dziwaczne”, zaś on na mnie nakrzyczał: „Nie bądź takim arogantem. To nie jest dziwaczne, tylko inne”. Nazywanie czegoś dziwacznym, to jedynie oznaka własnej arogancji. I to jest bardzo prawdziwe.

Pojąwszy coś z nauk, następnie używamy medytacji dla rozbudowywania tego w postać pożytecznego nawyku. Na przykład praktykując cierpliwość. A medytacja to nie jest coś, co robimy wyłącznie siedząc na poduszce medytacyjnej w swoim pokoju, lecz coś, co możemy wykonywać przez cały dzień. W rzeczy samej możemy przez cały dzień rozmyślać nad naukami Dharmy. Ale jeśli nie wysłuchaliśmy naprawdę wielu nauk i nie przemyśleliśmy ich – próbując je zrozumieć – to wtedy napełni nas jedynie niezdecydowane wahanie się i wątpliwości, a jakże wówczas mielibyśmy zrobić jakikolwiek postęp?

Przezwyciężanie zniechęcenia

Jedną z najważniejszych rzeczy, o których trzeba pamiętać przy praktykowaniu Dharmy, jest sama natura samsary, polegająca na jej wzlotach i upadkach. I jest to prawdą nie tylko w odniesieniu do odradzania się czy tego rodzaju szerszej panoramy samsarycznej, ale jest to bardzo, bardzo prawdziwe w przypadku codziennej własnej praktyki. Są dni, kiedy ta praktyka idzie nam dobrze i dni, kiedy nie idzie; czasem nie chce się nam w ogóle praktykować, kiedy indziej mamy wielki zapał do praktyki. To jest coś całkowicie normalnego.

A kiedy rzeczy nie idą pomyślnie, to czego się spodziewaliśmy po samsarze? Że to będzie jakiś raj? To jest samsara. Nie ma więc mowy, żeby nasza praktyka rozwijała się wzdłuż prostej linii, a każdy dzień był wyłącznie coraz to lepszy od poprzedniego i żebyśmy na koniec żyli długo i szczęśliwie, jak w jakiejś bajce. Po wielu latach określone rzeczy mogą nadal nas wytrącać z równowagi. Chodzi o to, żeby się tym nie zniechęcać.

Nawet więc, jeśli nie jesteśmy w stanie podjąć praktyki w pełnym wymiarze czasu, jako mnich czy mniszka – a zwróćmy uwagę, że większość mnichów i mniszek, tak czy inaczej nie jest w stanie poświęcać się praktyce przez cały czas, gdyż piją mnóstwo herbaty i robią też rozmaite inne rzeczy – bez względu więc na ilość czasu, którą możemy na to poświęcić, nie oczekujmy natychmiastowych wyników. Nasz egoizm i negatywne nawyki mogą być bardzo mocne, lecz chodzi tu o to, żeby nad nimi pracować. Jak powiedział wielki indyjski mistrz Śantidewa: „Minął już czas, kiedy mogły mnie pokonywać moje własne przeszkadzające emocje. Teraz się ich pozbędę i się nie poddam”.

Zaś Jego Świątobliwość Dalajlama powiedział: „Żeby sprawdzić, czy zrobiłeś jakiś postęp, nie patrz pod kątem krótkotrwałej praktyki, lecz popatrz na ostatnie pięć lat, jeśli tak długo praktykujesz. I jeżeli pomimo tego, że z dnia na dzień mogą pojawiać się jakieś wzloty i spadki, to jeśli odkrywasz, że po pięciu latach nie złościsz się już tak, jak kiedyś i nieco spokojniej radzisz sobie z kłopotami w życiu, to dokonałeś pewnego postępu”.

Nie zadawalajmy się tylko niewielkim postępem mówiąc sobie: „Och, dobrze, tyle już wystarczy”. Jeśli naprawdę zastanowimy się nad naturą umysłu, której nie da się łatwo zrozumieć, to uzyskujemy ufność, że rzeczywiście da się pozbyć całego tego śmietnika, stwarzającego nam problemy,. A mając żywe przykłady Jego Świątobliwości Dalajlamy oraz innych osób inspirujących nas tym, co można osiągnąć – to, czy są oni oświeceni, czy też nie: kimże ja jestem, żeby móc to stwierdzić – to popatrzmy, w jaki sposób radzą sobie z przeciwnościami. Czy możemy wyobrazić sobie, że jesteśmy jak Jego Świątobliwość Dalajlama, a setki milionów ludzi w Chinach i gdzie indziej uważa go za najgorszego człowieka na świecie i to go wcale nie kłopocze, daje sobie z tym radę. Mam na myśli to, że jeśli choćby jedna osoba uważała nas za okropnych, to bardzo się tym denerwujemy i nie możemy sobie z tym poradzić.

I nawet jeśli nigdy nie mogliśmy spotkać go na żywo, to nie mniej czytamy o nim, oglądamy nagrania wideo i inne świadectwa – i to nas bardzo inspiruje. A ta inspiracja podtrzymuje nas na duchu w trudnych czasach, kiedy to spośród wzlotów i spadków samsary doświadczamy fazy spadku.

Wewnętrzna przemiana bez żadnego kostiumu

Ostatni punkt dotyczący praktykowania Dharmy – nie tylko tu na Zachodzie, ale ogólnie – to rada, którą znajdujemy w lodziong, w naukach o ćwiczeniu umysłu, mówiąca o tym, żeby przekształcać siebie wewnętrznie, zaś na zewnątrz pozostawać normalnymi. Oznacza to, że główną pracę wykonujemy nad własną osobowością. Nie musimy obnosić się z dwudziestoma czerwonymi nićmi obwiązanymi wokół szyi, różańcem, dziwnymi strojami i podobnymi rzeczami, ponieważ kiedy ludzie nas widzą, to myślą, że naprawdę zdziwaczeliśmy, że coś z nami jest nie tak. A jeśli tak sobie pomyślą, to co na to poradzimy? Nie ma niczego niewłaściwego w czerwonych nitkach i różańcach, jeśli to nam pomaga, ale swoją czerwoną nitkę możemy nosić w portfelu, zaś różaniec w kieszeni lub gdzieś indziej i wcale nie musimy ich wszystkim dookoła pokazywać. W samej rzeczy, w naukach tantrycznych kładzie się wielki nacisk na zachowywanie tych rzeczy dla siebie. Jeśli pokazujemy to wszystkim dookoła, ludzie śmieją się z nas, stroją sobie żarty, musimy tego bronić itd., co wszystko odbiera temu wszelkie poczucie świętości czy uświęcenia. Kiedy to jest prywatna sprawa, coś osobistego, coś szczególnego dla nas, to już wystarczy. A na zewnątrz jesteśmy normalni i w ten sposób ludzie będą na nas otwarci. Możemy odnosić się do innych ludzi, a oni do nas i jest to bardzo ważne.

Zakończenie

Jeśli więc rozumiemy kulturę, z której dociera buddyzm, to nie będziemy stawiać sobie nierozsądnych żądań i oczekiwań. Nie będziemy również stawiać nierozważnych żądań nauczycielom. Pozwala to nam zachować więcej pokory. Rozumiemy, że: “Nie mam przewagi w postaci automatycznej wiary w odradzanie się i szacunku wobec rozmaitych rzeczy. Mam jednak zachodnie wykształcenie, co daje mi narzędzia do myślenia o tych rzeczach. Nie mogę też przeznaczyć całego swojego czasu na studiowanie i praktykowanie Dharmy; muszę żyć w jakiś sposób praktyczny na Zachodzie”. Nie mamy więc nadmiernych żądań: „Dajcie mi wszystko, ale ponieważ nie mam czasu wysłuchiwać tego wszystkiego, więc dajcie mi to, natychmiast, w pigułce”. Zaś myślimy: „Mam do dyspozycji tylko tyle czasu, tyle jest realistyczne, będę więc praktykować i starać się w oparciu o to, co mam dostępne”.

Widzimy, że na koniec jest to delikatne balansowanie pomiędzy nie wpadaniem w arogancję z jednej strony, a nie zniechęcaniem się z drugiej i mówieniem: „Och, nie mam żadnych możliwości, ponieważ nie mam czasu itd., czemuż więc w ogóle zawracać sobie tym głowę”. Bardzo ważne, żeby nie popaść w żadną z tych skrajności. Kiedy zaś jesteśmy wolni od obu tych skrajności – arogancji czy zniechęcenia – to po prostu dajemy z siebie tyle, ile tylko możemy. To wszystko, co możemy zrobić bez wygórowanych oczekiwań – być realistyczni.

Pamiętajmy, że w tradycyjnych społeczeństwach buddyjskich nie ma niczego takiego, jak ośrodki Dharmy. To jest całkowicie zachodni wynalazek. Ludzie spotykali się, mnisi i mniszki spotykali się, żeby odprawiać ceremonie, ale nikt nie spotykał się, żeby wspólnie medytować. To było coś robionego prywatnie. Mamy więc ośrodki Dharmy dla osób świeckich – bardzo dobrze. Lecz znów musimy uniknąć tu dwóch skrajności: jedną jest czynienie z nich klubu towarzyskiego. Przez tę skrajność rozumiem właśnie jakiś klub towarzyski i nic więcej. Druga skrajność, spotykana w niektórych ośrodkach, polega na tym, że tam nikt nawet nie zna się po imieniu i przychodzi się tam wyłącznie siedzieć w bardzo formalny sposób, a potem wychodzi się i nikt już nikogo nie poznaje.

W ośrodkach Dharmy pomaga to, jeśli mamy grupę osób myślących podobnie o wspólnych zainteresowaniach. Jest wtedy bardzo ważne, żeby przyjaźnić się ze sobą, praktykować Dharmę pod kątem wzajemnej wyrozumiałości, cierpliwości i dobroci dla siebie itd. Co najmniej poznajemy się z imienia. A kiedy przychodzą nowi ludzie, to robimy tak, żeby poczuli się mile widziani, żeby to było nieco bardziej osobiste. To nie musi być zaraz terapia grupowa, podczas której każdy opowiada o wszystkich swoich problemach. Ale wzajemnie możemy się bardzo wspierać w swojej praktyce. Sądzę, że jest to bardzo ważna cecha zachodniego buddyzmu i być może coś takiego może bardzo pomagać. Oczywiście również szacunek – wzajemny szacunek dla siebie, szacunek dla tego, co robimy. W ten sposób możemy być rozsądni i podążać ścieżką Dharmy stąpając mocno po ziemi.

Pytania

Czy macie jakieś pytania?

Pytanie: Czy nie uważasz, że niektóre aspekty kultury protestanckiej zasadniczo kłócą się z określonymi podstawowymi formami głównych światowych religii, a religii buddyjskiej w szczególności?

Alex: Uważam, że zabierając się za buddyzm, musimy bardzo wyraźnie zdawać sobie sprawę z niesionego ze sobą bagażu kulturowego, który może powodować zamęt w praktyce. Pamiętajmy, że pierwszym kryterium wymienionym przez Arjadewę w odniesieniu do właściwej postawy ucznia, jest potrzeba bezstronności, czyli, innymi słowy, przychodzenie do Dharmy bez żadnych z góry przyjętych założeń. Tak więc, czy mówimy o przychodzeniu do Dharmy z jakiegoś innego środowiska religijnego, czy z otoczenia nie-religijnego, z innej kultury, to często przynosimy ze sobą niewłaściwe postawy wobec Dharmy, które wywołują potem wiele przeszkód w praktyce. Często odbija się to nawet w tłumaczeniu określeń, przy pomocy których uczymy się Dharmy. Jeśli więc myślimy w kategoriach prawości i nieprawości, zasługi i grzechu oraz dobra i zła – wszystkich temu podobnych rzeczy – to przenosimy z wielu zachodnich religii całą koncepcję winy, że kiedy nie praktykujemy, to zasadniczo jesteśmy źli i to naprawdę powoduje problemy w praktyce. Kiedy przynosimy tego rodzaju materiał, pochodzi on zasadniczo z innych religii, opartych na prawach dawanych przez jakąś wyższą instancję. Etyka opiera się tam na posłuszeństwie i jeśli się jej nie przestrzega, to jest się kimś złym i doznaje się kary, zaś przestrzegając jej jest się nagradzanym – a ta wyższa instancja, dająca prawa do przestrzegania, może być albo władzą niebiańską, albo jakąś instancją prawodawczą, tworzącą system prawa. To samo spotykamy w naszej kulturze. Albo jesteśmy dobrym członkiem partii komunistycznej, albo złym – to jest to samo podejście.

Natomiast według buddyzmu jest zasadniczo tak, że kiedy działamy w sposób destrukcyjny, to nie z powodu tego, że jesteśmy źli i winni, lecz robimy to z powodu własnego zasadniczego zamętu. Mamy więc w sobie zamęt – nie wiemy, że działając w dany sposób, po prostu powodujemy wiele problemów. Odpowiedzią dla kogoś takiego nie będzie: „Jesteś winny i trafisz do piekła”, lecz współczucie. I podobnie, jeśli sprowadzamy z określonych innych religii, bądź sposobów myślenia niekoniecznie będących religiami, Jedną Prawdę – że to jest ta jedyna droga, zaś wszystko inne jest błędne – to również powoduje problemy w naszej praktyce. Natomiast Budda nauczał wielu rozmaitych ludzi wielu rozmaitych metod i jest to bardzo pomocne, i niezbędne.

Nie uważam więc, żeby wskazywanie i mówienie: „Przychodzenie z tego środowiska jest gorsze i trudniejsze niż z tamtego, z tamtej religii czy z tamtego społeczeństwa albo kultury” zbytnio w czymkolwiek pomagało. Uważam, że główną rzeczą jest zdawanie sobie sprawy z określonych sposobów myślenia, które są kulturowo ograniczone – że pochodzą one jedynie z jakiejś kultury, z jakiejś religii – i nie rzutowanie tego na buddyzm.

Tak?

Pytanie: Zauważyłem, że zachodni czy europejski umysł jest bardziej dociekliwy i studiując Dharmę stawia więcej pytań, niż umysł tybetański czy orientalny, albo azjatycki. Czy zadawanie więcej pytań przynajmniej nieco pomaga w jakiś sposób, czy jest przeszkodą?

Alex: W gruncie rzeczy zadawanie pytań może bardzo pomóc – jeśli zadaje się je w stosownym czasie. Innymi słowy, najpierw musimy otrzymywać informację i być cierpliwi. Powiedzmy na przykład, że podczas wykładu czekamy do końca i dopiero wtedy zadajemy pytania. Natomiast jeśli wysłuchaliśmy zaledwie jedno zdanie i, no wiecie, od razu wyskakujemy z pytaniem o coś, co nastąpi zaraz po tym, to to nieco przeszkadza.

Jeśli jednak popatrzymy na tradycyjny buddyzm tybetański, to prawdą jest, że mnisi nie zadają tam zbyt wielu pytań wprost nauczycielowi. Natomiast debatują pomiędzy sobą, a jeśli jest to mała grupa, to debatują również z nauczycielem. Debata zaś jest pełna pytań, jak gdybyśmy chcieli podważyć wszystko w swoim umyśle, w swoim zrozumieniu, a potem wzajemnie podważamy rozumienie kogoś innego i staramy się sami wypracować najlepsze rozwiązanie. Celem debaty jest pomagać innym w zrozumieniu.

Waga takiej debaty polega na tym, że własnego rozumienia nigdy nie podważylibyśmy w tak znacznym stopniu, jak zrobi to ktoś inny. O wiele szybciej byśmy się poddali. Jeśli druga osoba, która z nami debatuje, nie zostawia nas w spokoju: „Nie wyjaśniłeś tego, nie rozumiesz tego naprawdę”, to wtedy stawiamy dalsze pytania.

Na zakończenie procesu debaty zostajemy z tym, że naprawdę rozumiemy coś i nie mamy już więcej żadnych pytań ani wątpliwości. I dopiero wtedy możemy naprawdę medytować nad danym zagadnieniem i naprawdę je sobie przyswajać. Kiedy nie mamy już więcej żadnych pytań, wtedy jesteśmy pewni własnego zrozumienia.

Tak więc nasz sposób zadawania pytań na Zachodzie nie pomaga zbytnio w osobistym rozwoju, ponieważ oczekujemy jedynie tego, że zadamy pytanie i otrzymamy na nie odpowiedź, i to będzie wszystko, i co najwyżej może to sobie zapiszemy. A oczywiście potem już nigdy nie przeczytamy tego, co sobie zapisaliśmy.

Muszę również powiedzieć, że większość zachodnich nauczycieli, łącznie ze mną samym, z powodu naszego zachodniego wykształcenia ma skłonność do podawania odpowiedzi. A to nie jest naprawdę metoda buddyjska. Buddyjska metoda polega na pozwalaniu uczniom na samodzielne znajdywanie odpowiedzi, żeby rozwijali przy tym swój umysł.

I znowu jest to problemem, że nie mamy tyle czasu, żeby spędzić cały dzień czy wręcz cały tydzień na debatowaniu nad czymś. Chcemy natychmiastowej odpowiedzi – wpisujemy coś do komputera i w kilka mikrosekund pojawia się odpowiedź. Tak więc nasz sposób zadawania pytań i to, jak pytania zadaje się w tradycyjnym buddyzmie tybetańskim, bardzo się od siebie różnią.

To właśnie dlatego powiedziałem na samym początku, że stwierdziłem, iż w możliwości utworzenia mostu dla innych bardzo pomaga zobaczenie: „Jak to robią Tybetańczycy”? A potem zobaczenie, czy jest jakiś porównywalny sposób, w jaki możemy to zrobić – biorąc pod uwagę naszą własną kulturę – a nie po prostu zakładanie, że nasz sposób robienia różnych rzeczy jest tym właściwym.

Tak więc czy to wdając się w formalną debatę, czy też po prostu wzajemnie ze sobą dyskutując w sposób bardziej nieformalny, sądzę, że bardzo może nam pomóc omawianie ze sobą punktów dotyczących Dharmy. A jeśli jest coś, czego naprawdę nie rozumiemy i czego nie potrafimy sami rozgryźć, to wtedy pytamy nauczyciela. Ale jeśli tak robimy, to musimy również pozwalać nauczycielowi pytać nas i podważać nasze zrozumienie, zaś wielu ludziom na Zachodzie to się nie podoba, gdyż brzmi to im tak, jakby byli egzaminowani i mieli dostać stopień – jak w szkole.

Te debaty prowadzi się w sposób bardzo energiczny, to prawda, ale jest w tym również dużo zabawy. Tak więc kiedy ktoś nie zna odpowiedzi i mówi coś niewłaściwego, to wszyscy się z niego śmieją. A to jest bardzo dobre ćwiczenie na pozbycie się silnego ego. Ponieważ jest tak wiele debatowania, że każdy w jakiejś chwili powie coś głupiego, a więc to się wszystko wyrównuje. Gdyby jednak u nas, na Zachodzie, cała klasa zaczęła się śmiać, kiedy powiedzieliśmy coś niepoprawnego czy głupiego, to u wielu z nas wzmocniłoby to tylko niskie poczucie własnej wartości – co wcale nie pomaga.

Większość z nas na Zachodzie cierpi na niskie poczucie własnej wartości, zaś większość Tybetańczyków bynajmniej na nic takiego nie cierpi. Jeśli już, to cierpią oni na coś przeciwnego, czyli na nieco wygórowane mniemanie o sobie. Znowu więc podchodzimy do rzeczy z bardzo różnego zaplecza kulturowego i to jest właśnie ten bagaż, który przynosimy ze sobą.

Jeśli chodzi o Tybetańczyków, to wiecie, są to bardzo dumni górale, którzy uważają, że: „To ja mam rację” itd., tak więc ta debata i to, że wszyscy się śmieją, pomaga im nieco spuścić z tonu. Natomiast nam, przychodzącym z niskim poczuciem własnej wartości, to jedynie pogarsza samopoczucie. Tak więc w prowadzonej przez siebie klasie czekam przez bardzo długi czas, przez wiele lat, zanim w grupie pojawi się wystarczająco dużo zaufania, przyjaźni i ciepła, żeby ludzie poczuli się na tyle swobodnie, aby podjąć tego rodzaju dyskusję. Zaś dla osób nowych w grupie i czujących się niepewnie to mogłoby być coś miażdżącego.

Może powinniśmy w tym miejscu skończyć na dziś wieczór. Zakończymy dedykacją. Bardzo ważne, żeby rozumieć, dlaczego mamy dedykację. Jeśli robimy coś pozytywnego, takiego jak słuchanie wykładu na temat Dharmy, jak robiliśmy tego wieczoru, buduje to pewną pozytywną siłę i zrozumienie. Jeśli jednak nie ma przy tym żadnej dedykacji, jest to wtedy tylko pozytywna siła dla samsary. Dojrzewa więc ona być może w postaci sposobności do miłej rozmowy z innymi na temat tego, czego wysłuchaliśmy i ku niczemu szczególnego. Musimy zaś postępować jak z komputerem – musimy zachowywać tę pozytywną siłę w folderze przypisanym do oświecenia. Jeśli nie zapiszemy jej w folderze oświecenia, wtedy automatycznie trafia ona do folderu samsary. Tak więc dedykacja jest zapisywaniem jej w folderze oświecenia. Również robieniem kopii zapasowej, tak.

Tak więc mówimy: „Oby wszelka siła, oby wszelkie zrozumienie, które mogło z tego powstać, było w stanie działać, jako przyczyna osiągnięcia oświecenia, dla dobra wszystkich”. I wtedy naprawdę tak uważamy. Wtedy działa to, jako przyczyna dla osiągnięcia oświecenia, którego pragniemy po to, żeby móc przynieść korzyść wszystkim. Robimy to w myśli – nie musimy recytować na głos żadnych szczególnych słów. Główną rzeczą jest sama myśl. I najlepiej wyrażać to w takich słowach, które coś dla nas znaczą. Jeśli lubimy to robić w sposób zrytualizowany, to w rytuale nie ma niczego złego. Ale niech to będzie nasz własny rytuał, a nie tylko “bla bla bla”, które nic dla nas nie znaczy.

Dobrze, dziękuję bardzo.